2014.05.31

Do Szkocji (cz. 2)
Dokąd jechać?
Jeśli w Szkocji interesuje nas przede wszystkim szkocka whisky, naturalnym kierunkiem podróży będzie północ. Zaręczam, że każdy, kto jest choć trochę bardziej wrażliwy na piękno natury niż kret, zachwyci się tym, co zobaczy między jedną destylarnią, a drugą, i na pewno zechce tam wrócić w celach innych niż tylko wypalanie sobie podniebienia produktami miejscowych gorzelników. Tymczasem jednak skupmy się na destylarniach. W którymś z kolejnych odcinków niniejszego cyklu postaram się opisać kilka przykładowych tras, teraz tylko wskażę najważniejsze kierunki.
Na południe od Glasgow znajduje się – dość pechowo – tylko jedna destylarnia, mianowicie Bladnoch. W związku z tym osamotnieniem, dociera do niej tylko niewielki odsetek wielbicieli uisge beatha. Jakoś zwyczajnie nie jest ona nikomu po drodze. Jeśli z jakichś powodów nie zależy nam na tym, by odwiedzić ją za wszelką cenę, ruszamy na północ. Dla wielu dość oczywistym kierunkiem jest wyspa Islay, gdzie znajdziemy się w prawdziwym raju amatora, konesera i pasjonata whisky – destylarnie Ardbeg, Lagavulin, Laphroaig, Caol Ila, by wymienić tylko te najważniejsze, otwierają swoje podwoje i kuszą najprzeróżniejszymi atrakcjami. Po drodze warto nie przegapić Glengoyne, może skoczyć na Arran, może zahaczyć o Auchentoshan, a może przejechać kawałek dalej wzdłuż półwyspu Kintyre i dotrzeć do Springbank i Glengyle w Campbeltown.

Jeśli po dotarciu do Lochgilphead na rondzie nie skręcimy w lewo, w stronę półwyspu Kintyre, a zamiast tego udamy się dalej na północ, podążając za drogowskazami wskazującymi Oban, przed nami zapierająca dech w piersiach droga wzdłuż zachodniego wybrzeża oraz szansa zobaczenia destylarni Oban, Ben Nevis, i dalej, na wyspie Skye, Talisker. Z Oban można też udać się promem na wyspę Mull, gdzie znajdziemy Tobermory. Na tym jednak wyczerpie się lista destylarni do odwiedzenia po zachodniej stronie Szkocji.
Wyprawa na północny wschód otworzy przed nami nieskończone wręcz możliwości. Już niedługo po minięciu rogatek Edynburga mamy porozrzucane po okolicy wszelkiej maści Glenturret, Aberfeldy, Blair Athol i Edradour. Kierując się dalej na północ, nie sposób nie zauważyć nieskazitelnie białych murów Dalwhinnie, znajdujących się po lewej stronie od głównej drogi wiodącej przez Highlands w stronę Inverness. Przy okazji drobna uwaga – jeśli destylarnia razi w oczy bielą swoich murów, to albo właśnie została odmalowana, albo w pobliżu ze świecą szukać magazynów, w których dojrzewałaby whisky. Albo jedno i drugie. Jeśli natomiast whisky dojrzewa w magazynach znajdujących się tuż obok budynków produkcyjnych, dość szybko pokryją się one nieprzyjemnie wyglądającym czarnym nalotem. To grzyb żywiący się oparami alkoholu ulatniającymi się z beczek. Owe anioły, które to ponoć mają się szczęśliwie unosić nad destylarniami i odbierać swoją działkę (dla przypomnienia, „angels’ share” to określenie tej części leżakującej whisky, która paruje w procesie dojrzewania), to po prostu, paskudne stare grzyby. Głęboko wżarte w mury, wcale nie unoszące się z gracją po błękitnym niebie nad destylarniami.
Od Dalwhinnie już tylko dwa kroki do największego zagłębia whisky, regionu Speyside. Tam wręcz oszaleć można czytając tylko nazwy whisky pojawiające się raz po raz na drogowskazach. Największe skupiska destylarni znajdziemy w miejscowościach Dufftown, Craigellachie, Rothes, Keith i Elgin, choć wiele z nich rozsypanych jest wzdłuż rzeki Spey, w mniejszej lub większej odległości od jednego lub drugiego brzegu. W Speyside znajdziemy Glenfarclas, Glenlivet, Glenrothes, czy Glenfiddich – nie żeby przedrostek „glen” był jakoś specjalnie przypisany do tego regionu. Strathisla, Mortlach, Balvenie, Aberlour, Longmorn, Cragganmore, Tomintoul i BenRiach to również destylarnie znajdujące się w Speyside. I wiele innych. Łącznie ponad 50 zakładów, czyli mniej więcej połowa stanu liczebnego wszystkich szkockich destylarni whisky słodowej.
Wycieczka na północ od Speyside to szansa zobaczenia m.in. Glen Ord, Dalmore, Glenmorangie, Clynelish/Brora i Pulteney. Jeśli wybierzemy się jeszcze dalej na północ i przeprawimy promem na Orkady, zobaczymy Highland Park i Scapę. Jak dotąd, Orkady stanowią najbardziej na północ wysunięty region Szkocji, w którym produkuje się whisky. Jest jednak duża szansa, że w przyszłości trzeba będzie udać się na Szetlandy, by zobaczyć położoną najdalej na północy destylarnię szkockiej whisky słodowej. A to już będzie nie lada wyprawa, szczególnie poza okresem letnim. Wtajemniczeni wiedzą co dzieje się na Orkadach od września do kwietnia. Można sobie tylko wyobrażać co dzieje się dalej na północ.

Jak widać choćby tylko z powyższego, pobieżnego przeglądu, jeśli chodzi o whisky, to w Szkocji do zobaczenia jest sporo. I do wypicia. Co prawda, nie każda destylarnia otwarta jest dla zwiedzających, ale i te, do których da się wejść, są w stanie zapełnić program zwiedzania podczas najdłuższych nawet wakacji. Przestrzegałbym jednak przez nastawianiem się na zwiedzenie jak największej ich liczby. Jeśli nie liczyć najbardziej hardcore’owych pasjonatów, każdy normalny człowiek chętnie obejrzy jedną destylarnię, drugą, może nawet trzecią. Przy czwartej zacznie się rozglądać, czy przypadkiem nie ma w okolicy jakiegoś sympatycznego pubu, w którym można by spędzić tę godzinę-dwie. Przy piątej rozboli go straszliwie głowa i zostanie w pensjonacie, przy kubku herbaty, a przy szóstej z tęsknotą wpatrywał się będzie w bilet powrotny i żałował, że data powrotu ciągle jeszcze jest tak odległa, a przed nim jeszcze piętnaście destylarni…
Wbrew pozorom, destylarnie są bardzo do siebie podobne. Tylko najwytrwalsi i najbardziej spostrzegawczy zauważą, że w filmie „Whisky dla aniołów” bohaterowie podjeżdżają pod budynki Glengoyne, ale gdy już znajdą się w środku, Glengoyne w sposób cudowny zamienia się w Deanston. Proces produkcji jest niemal identyczny w każdej z nich. Kilka posiada jeszcze, użytkuje i z dumą pokazuje podłogę do słodowania jęczmienia. Potem następują kadzie zacierne, fermentacyjne, hala alembików, których kształty mogą się nieco do siebie różnić, ale zasada działania i wygląda ogólny są w gruncie rzeczy takie same. Potem, jeśli mamy szczęście, pokażą nam przez okienko fragment magazynu, gdzie w dębowych beczkach dojrzewa whisky, by stać się ostatecznie tym, co znamy z półek sklepowych. Kilka będzie jeszcze w stanie zaskoczyć nas linią do butelkowania. Jedna będzie większa, druga mniejsza, alembików raz będzie tylko dwa, innym razem kilkanaście. Będą wysokie i smukłe, lub pękate i niskie. Kadzie fermentacyjne będą wykonane albo ze stali nierdzewnej, albo z daglezji (zwanej czasem, nie do końca poprawnie, sosną oregońską). I tyle. Jeśli za każdym razem zdecydujemy się na standardowe zwiedzanie pod okiem przewodnika, umrzemy z nudów już po kilku zakładach.
Jaka na to rada? Już zawczasu, na etapie planowania wyprawy, wybierajmy te zakłady, które z jakichś powodów naprawdę nas interesują, albo te, o których skądinąd wiemy, że mają szansę nie zawieść. Bo widzieliśmy na zdjęciach, że wyglądają pięknie (Strathisla), bo mają ciekawe alembiki (Glenmorangie), bo słodują swój własny jęczmień (Laphroaig), bo są warte zobaczenia ze względu na lokalizację (Talisker), bo whisky w nich produkowana jest naszą ulubioną (Highland Park), bo zwiedzanie jest za darmo (Glenfiddich), bo blisko naszego pensjonatu, więc grzech byłoby nie sprawdzić co u nich słychać (Ben Nevis), bo oferują nietuzinkowy sposób zwiedzania (Lagavulin), bo tak i już (Caol Ila)!

Kiedy już wybierzemy swoje faworytki, obudowanie ich paroma innymi w programie naszej wyprawy będzie już łatwe. Najczęściej o wyborze zdecydują względy praktyczne – odległości, rozkłady rejsów promów, czy też wyznaczone przez same destylarnie godziny zwiedzania. Pamiętać trzeba, że bardzo często oferują one turystom możliwość wejścia do środka tylko i wyłącznie o ściśle wyznaczonych godzinach. Trzeba więc koniecznie dokładnie przeanalizować o której zaczniemy i o której skończymy zwiedzanie poprzedniego zakładu, oraz ile czasu zajmie nam przemieszczenie się z punktu A (Ardbeg) do punktu B (Bunnahabhain).
Kiedy mamy to wszystko już zaplanowane, pozostaje tylko tam pojechać, wybrać opcję zwiedzania, wejść, zwiedzić, zachwycić się. Bądź nie. Ale o tym w następnym odcinku.
cdn
[R.M.]

Do Szkocji (cz. 2)
Dokąd jechać?
Jeśli w Szkocji interesuje nas przede wszystkim szkocka whisky, naturalnym kierunkiem podróży będzie północ. Zaręczam, że każdy, kto jest choć trochę bardziej wrażliwy na piękno natury niż kret, zachwyci się tym, co zobaczy między jedną destylarnią, a drugą, i na pewno zechce tam wrócić w celach innych niż tylko wypalanie sobie podniebienia produktami miejscowych gorzelników. Tymczasem jednak skupmy się na destylarniach. W którymś z kolejnych odcinków niniejszego cyklu postaram się opisać kilka przykładowych tras, teraz tylko wskażę najważniejsze kierunki.
Na południe od Glasgow znajduje się – dość pechowo – tylko jedna destylarnia, mianowicie Bladnoch. W związku z tym osamotnieniem, dociera do niej tylko niewielki odsetek wielbicieli uisge beatha. Jakoś zwyczajnie nie jest ona nikomu po drodze. Jeśli z jakichś powodów nie zależy nam na tym, by odwiedzić ją za wszelką cenę, ruszamy na północ. Dla wielu dość oczywistym kierunkiem jest wyspa Islay, gdzie znajdziemy się w prawdziwym raju amatora, konesera i pasjonata whisky – destylarnie Ardbeg, Lagavulin, Laphroaig, Caol Ila, by wymienić tylko te najważniejsze, otwierają swoje podwoje i kuszą najprzeróżniejszymi atrakcjami. Po drodze warto nie przegapić Glengoyne, może skoczyć na Arran, może zahaczyć o Auchentoshan, a może przejechać kawałek dalej wzdłuż półwyspu Kintyre i dotrzeć do Springbank i Glengyle w Campbeltown.

Jeśli po dotarciu do Lochgilphead na rondzie nie skręcimy w lewo, w stronę półwyspu Kintyre, a zamiast tego udamy się dalej na północ, podążając za drogowskazami wskazującymi Oban, przed nami zapierająca dech w piersiach droga wzdłuż zachodniego wybrzeża oraz szansa zobaczenia destylarni Oban, Ben Nevis, i dalej, na wyspie Skye, Talisker. Z Oban można też udać się promem na wyspę Mull, gdzie znajdziemy Tobermory. Na tym jednak wyczerpie się lista destylarni do odwiedzenia po zachodniej stronie Szkocji.
Wyprawa na północny wschód otworzy przed nami nieskończone wręcz możliwości. Już niedługo po minięciu rogatek Edynburga mamy porozrzucane po okolicy wszelkiej maści Glenturret, Aberfeldy, Blair Athol i Edradour. Kierując się dalej na północ, nie sposób nie zauważyć nieskazitelnie białych murów Dalwhinnie, znajdujących się po lewej stronie od głównej drogi wiodącej przez Highlands w stronę Inverness. Przy okazji drobna uwaga – jeśli destylarnia razi w oczy bielą swoich murów, to albo właśnie została odmalowana, albo w pobliżu ze świecą szukać magazynów, w których dojrzewałaby whisky. Albo jedno i drugie. Jeśli natomiast whisky dojrzewa w magazynach znajdujących się tuż obok budynków produkcyjnych, dość szybko pokryją się one nieprzyjemnie wyglądającym czarnym nalotem. To grzyb żywiący się oparami alkoholu ulatniającymi się z beczek. Owe anioły, które to ponoć mają się szczęśliwie unosić nad destylarniami i odbierać swoją działkę (dla przypomnienia, „angels’ share” to określenie tej części leżakującej whisky, która paruje w procesie dojrzewania), to po prostu, paskudne stare grzyby. Głęboko wżarte w mury, wcale nie unoszące się z gracją po błękitnym niebie nad destylarniami.
Od Dalwhinnie już tylko dwa kroki do największego zagłębia whisky, regionu Speyside. Tam wręcz oszaleć można czytając tylko nazwy whisky pojawiające się raz po raz na drogowskazach. Największe skupiska destylarni znajdziemy w miejscowościach Dufftown, Craigellachie, Rothes, Keith i Elgin, choć wiele z nich rozsypanych jest wzdłuż rzeki Spey, w mniejszej lub większej odległości od jednego lub drugiego brzegu. W Speyside znajdziemy Glenfarclas, Glenlivet, Glenrothes, czy Glenfiddich – nie żeby przedrostek „glen” był jakoś specjalnie przypisany do tego regionu. Strathisla, Mortlach, Balvenie, Aberlour, Longmorn, Cragganmore, Tomintoul i BenRiach to również destylarnie znajdujące się w Speyside. I wiele innych. Łącznie ponad 50 zakładów, czyli mniej więcej połowa stanu liczebnego wszystkich szkockich destylarni whisky słodowej.
Wycieczka na północ od Speyside to szansa zobaczenia m.in. Glen Ord, Dalmore, Glenmorangie, Clynelish/Brora i Pulteney. Jeśli wybierzemy się jeszcze dalej na północ i przeprawimy promem na Orkady, zobaczymy Highland Park i Scapę. Jak dotąd, Orkady stanowią najbardziej na północ wysunięty region Szkocji, w którym produkuje się whisky. Jest jednak duża szansa, że w przyszłości trzeba będzie udać się na Szetlandy, by zobaczyć położoną najdalej na północy destylarnię szkockiej whisky słodowej. A to już będzie nie lada wyprawa, szczególnie poza okresem letnim. Wtajemniczeni wiedzą co dzieje się na Orkadach od września do kwietnia. Można sobie tylko wyobrażać co dzieje się dalej na północ.

Jak widać choćby tylko z powyższego, pobieżnego przeglądu, jeśli chodzi o whisky, to w Szkocji do zobaczenia jest sporo. I do wypicia. Co prawda, nie każda destylarnia otwarta jest dla zwiedzających, ale i te, do których da się wejść, są w stanie zapełnić program zwiedzania podczas najdłuższych nawet wakacji. Przestrzegałbym jednak przez nastawianiem się na zwiedzenie jak największej ich liczby. Jeśli nie liczyć najbardziej hardcore’owych pasjonatów, każdy normalny człowiek chętnie obejrzy jedną destylarnię, drugą, może nawet trzecią. Przy czwartej zacznie się rozglądać, czy przypadkiem nie ma w okolicy jakiegoś sympatycznego pubu, w którym można by spędzić tę godzinę-dwie. Przy piątej rozboli go straszliwie głowa i zostanie w pensjonacie, przy kubku herbaty, a przy szóstej z tęsknotą wpatrywał się będzie w bilet powrotny i żałował, że data powrotu ciągle jeszcze jest tak odległa, a przed nim jeszcze piętnaście destylarni…
Wbrew pozorom, destylarnie są bardzo do siebie podobne. Tylko najwytrwalsi i najbardziej spostrzegawczy zauważą, że w filmie „Whisky dla aniołów” bohaterowie podjeżdżają pod budynki Glengoyne, ale gdy już znajdą się w środku, Glengoyne w sposób cudowny zamienia się w Deanston. Proces produkcji jest niemal identyczny w każdej z nich. Kilka posiada jeszcze, użytkuje i z dumą pokazuje podłogę do słodowania jęczmienia. Potem następują kadzie zacierne, fermentacyjne, hala alembików, których kształty mogą się nieco do siebie różnić, ale zasada działania i wygląda ogólny są w gruncie rzeczy takie same. Potem, jeśli mamy szczęście, pokażą nam przez okienko fragment magazynu, gdzie w dębowych beczkach dojrzewa whisky, by stać się ostatecznie tym, co znamy z półek sklepowych. Kilka będzie jeszcze w stanie zaskoczyć nas linią do butelkowania. Jedna będzie większa, druga mniejsza, alembików raz będzie tylko dwa, innym razem kilkanaście. Będą wysokie i smukłe, lub pękate i niskie. Kadzie fermentacyjne będą wykonane albo ze stali nierdzewnej, albo z daglezji (zwanej czasem, nie do końca poprawnie, sosną oregońską). I tyle. Jeśli za każdym razem zdecydujemy się na standardowe zwiedzanie pod okiem przewodnika, umrzemy z nudów już po kilku zakładach.
Jaka na to rada? Już zawczasu, na etapie planowania wyprawy, wybierajmy te zakłady, które z jakichś powodów naprawdę nas interesują, albo te, o których skądinąd wiemy, że mają szansę nie zawieść. Bo widzieliśmy na zdjęciach, że wyglądają pięknie (Strathisla), bo mają ciekawe alembiki (Glenmorangie), bo słodują swój własny jęczmień (Laphroaig), bo są warte zobaczenia ze względu na lokalizację (Talisker), bo whisky w nich produkowana jest naszą ulubioną (Highland Park), bo zwiedzanie jest za darmo (Glenfiddich), bo blisko naszego pensjonatu, więc grzech byłoby nie sprawdzić co u nich słychać (Ben Nevis), bo oferują nietuzinkowy sposób zwiedzania (Lagavulin), bo tak i już (Caol Ila)!

Kiedy już wybierzemy swoje faworytki, obudowanie ich paroma innymi w programie naszej wyprawy będzie już łatwe. Najczęściej o wyborze zdecydują względy praktyczne – odległości, rozkłady rejsów promów, czy też wyznaczone przez same destylarnie godziny zwiedzania. Pamiętać trzeba, że bardzo często oferują one turystom możliwość wejścia do środka tylko i wyłącznie o ściśle wyznaczonych godzinach. Trzeba więc koniecznie dokładnie przeanalizować o której zaczniemy i o której skończymy zwiedzanie poprzedniego zakładu, oraz ile czasu zajmie nam przemieszczenie się z punktu A (Ardbeg) do punktu B (Bunnahabhain).
Kiedy mamy to wszystko już zaplanowane, pozostaje tylko tam pojechać, wybrać opcję zwiedzania, wejść, zwiedzić, zachwycić się. Bądź nie. Ale o tym w następnym odcinku.
cdn
[R.M.]
R E K L A M A


