2014.06.03

Do Szkocji (cz. 3)
Zwiedzamy destylarnię
Oprócz tego, które destylarnie zechcemy zobaczyć, zdecydować należy jak chcemy je zwiedzać. Większość tych, przy których funkcjonują Visitor Centres, oferuje więcej niż jedną opcję zwiedzania. Zasadniczo, mamy do wyboru trzy możliwości:
(1) Wpadamy do sklepiku przy destylarni, z szeroko otwartymi ustami przyglądamy się wystawionym na półkach butelkom (najczęściej w cenach wyraźnie przewyższających ofertę dowolnego sklepu sprzedającego whisky, a nie znajdującego się na terenie żadnej destylarni), po czym kupujemy koszulkę z logo zakładu, być może polar, oglądamy co się da z zewnątrz, pstrykamy pagodę (jeśli występuje) i ruszamy zobaczyć następną. Opcja „oglądamy co się da z zewnątrz” daje się wprowadzić w życie również w tych destylarniach, w których nie przewidziano ani zwiedzania, ani koszulek z logo. Czasem da się zastosować wybieg w stylu „przykro nam, nie mamy czasu na zwiedzanie całej destylarni, przyjechaliśmy z daleka, mamy jeszcze długą drogę przed sobą, ale bardzo chcielibyśmy zobaczyć wasze alembiki, o których słyszeliśmy, że są niezwykłe, dałoby się choć na chwilę do nich zajrzeć i może pstryknąć fotkę?” Jeśli mamy szczęście, uda się nam zobaczyć najciekawszy fragment destylarni, zupełnie za darmo i bez potrzeby wysłuchiwania po raz setny opowieści o tym, jak to trud miejscowego rolnika i piękno miejscowej przyrody przekuwane są w płynne złoto po pięćdziesiąt funtów za butelkę, dostępne w naszym sklepiku, do którego zapraszamy po zakończeniu zwiedzania.

(2) Opcja druga to standardowe zwiedzanie zakładu pod okiem przewodnika. Kosztuje najczęściej kilka funtów – pomiędzy 5 a 10 GBP. Zwykle trwa około godziny, zaczynać się może projekcją dziesięciominutowego filmiku pokazującego proces produkcji whisky i piękno szkockiej przyrody, a kończy degustacją paru kropel najbardziej standardowej, oficjalnej wersji whisky produkowanej w danej destylarni. Przez lata, jakie spędziłem na odwiedzaniu szkockich gorzelni, ilość oferowanej na koniec whisky uległa naprawdę imponującej ewolucji. Pod koniec ubiegłego tysiąclecia zdarzało się, że zwyczajnie upijano mnie, napełniając mój kieliszek szczodrze coraz to starszymi edycjami. Od standardowej NAS (no age statement – bez określenia wieku) lub najmłodszej w rodzinie, do wersji nawet kilkudziesięcioletnich. Standardem była możliwość degustacji kilku wersji, na przykład, finiszowanych w kilku różnych rodzajach beczek. Niejednokrotnie zabierano mnie do magazynu, gdzie otwierano jakąś sympatyczną beczkę i polewano (znowu szczodrze!) prosto z niej. Obecnie, jeśli dostaniemy do spróbowania dwie różne, jednak najprostsze wersje, będzie to ewenement godny odnotowania w kronice wyprawy. Ilość whisky, jaką znajdziemy w oferowanym kieliszku, pominę milczeniem. Bo naprawdę nie ma o czym mówić.
(3) Trzecia możliwość to wybór jednej z czasami kilku ponadstandardowych opcji zwiedzania, nierzadko określana mianem „VIP”, „super special”, „master tour”, lub w jakiś równie wymyślny, a jednocześnie nobilitujący uczestników sposób. Pomysłowość szefów poszczególnych Visitor Centres wydaje się nie znać ograniczeń. Pod okiem „doświadczonych, dysponujących ogromną wiedzą przewodników” zabiorą nas wszędzie tam, gdzie nigdy nie dostaną się te cieniasy, które wybrały opcję (2). Czasem pokażą nam wnętrze magazynów z leżakującymi beczkami whisky, czasem pomogą dobrać odpowiednią czekoladę do degustacji z tą czy inną wersją whisky. Dwie rzeczy są jednak pewne. Po pierwsze, dadzą nam posmakować kilku mniej oczywistych wersji whisky – w zależności od wybranej opcji od trzech do pięciu, czy nawet siedmiu. Po drugie, niezależnie od smaku whisky, cena biletu będzie słona, nierzadko w okolicy kilkudziesięciu funtów za dwu-trzygodzinną sesję (zwiedzanie, pogadanka, degustacja, film – wszystko razem).

Nie muszę dodawać, że podczas moich własnych peregrynacji po Szkocji przetestowałem wszystkie trzy opcje. W niejednej destylarni, na przestrzeni kilku lat, byłem kilka, a nawet kilkanaście razy, zwiedzając ją na każdy z możliwych sposobów. Powinienem więc być w stanie doradzić coś sensownego, jednak w tej sprawie naprawdę jestem w kropce. Ostateczna radocha, jaką wyniesiemy z destylarni zależy o tak wielu czynników, że nie da się powiedzieć co jest najlepsze. Proponuję więc rzut oka na czynniki, które mogą wypełnić dusze nasze entuzjazmem dla danego miejsca i spotkanych w nim ludzi, albo każą nam omijać tę i ową destylarnię szerokim łukiem, jeśli zdarzyłoby się nam trafić w jej pobliże raz jeszcze.
Tłumy
Niektóre destylarnie w sposób naturalny przyciągają więcej zwiedzających, inne mniej. Jedne leżą przy szlakach turystycznych, do innych autokar nawet nie miałby za bardzo jak dojechać. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że jeśli na parkingu destylarni natkniemy się na kilka autokarów, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że zwiedzać będziemy w towarzystwie osób niemających zielonego pojęcia o szkockiej whisky, że znajdą się wśród nich sympatyczni goście zza oceanu, którzy zechcą dowiedzieć się od naszego przewodnika czym się różni szkocka od Jacka Danielsa, czy w destylarniach robią też sok pomarańczowy, albo czy można kupić pustą beczkę po whisky i ile będzie kosztował jej transport do Wickenburg w Arizonie. Takie niebezpieczeństwo istnieje przede wszystkim w Glenfiddich (wstęp jest bezpłatny, więc wielu tour operatorów wysyła swoje wycieczki właśnie tam, w sposób oczywisty tnąc koszty), Dalwhinnie (znajduje się tuż przy głównej drodze wiodącej nad Loch Ness, dokąd pędzą szalone tłumy, a nikt nie czuje jakiejś przemożnej potrzeby zbytniego zboczenia z trasy), Edradour (usytuowana jest tuż obok pięknego kurortu Pitlochry, a nie każdemu chce się wędrować zbyt daleko na dziką północ).
Z drugiej strony, są miejsca, do których albo niełatwo dotrzeć, albo produkowane przez nich whisky nie mają statusu kultowych, albo po prostu nie dbają zbytnio o swoją reputację jako atrakcje turystyczne. Zdarzyć się tutaj może, że będziemy jedynymi turystami, i na nas właśnie skupi się cała uwaga wszystkich pracowników Visitor Centre, co może mieć tylko i wyłącznie pozytywne konsekwencje. Takie indywidualne zwiedzanie może nam się przytrafić również wtedy, gdy podróż do Szkocji zaplanujemy sobie w jakimś mniej oczywistym okresie, zdecydowanie poza sezonem.
W sezonie czy poza nim, zdarzyło mi się być jedynym zwiedzającym w Ben Nevis, Glendronach, Glen Grant, Isle of Jura, Clynelish/Brora, Glenfarclas, Tomintoul, Bunnahabhain, a nawet w Laphroaig, czy Bruichladdich. Dzięki temu w Ben Nevis miałem możliwość – poza zwiedzaniem i degustacją – pobiegać w kilcie, w Isle of Jura mogłem się napić prosto z beczki w magazynie, w Clynelish wpuszczono mnie do zamkniętych na głucho pomieszczeń Brory, a w Bruichladdich napojono mnie czterokrotnie destylowaną Perilous Whisky, jakieś kilka miesięcy po jej destylacji, prosto z beczki. W Glendronach dowiedziałem się jak smakują rzadsze i dużo starsze edycje produkowanej tam whisky, a w Glen Grant pozwolono mi robić zdjęcia nawet tam, gdzie normalnie fotografowanie jest zabronione(!). W Tomintoul natomiast dowiedziałem się całej prawdy na temat whisky i wszelkich mitów nam wciskanych.

Osobną kategorią jeśli chodzi o tłumne zwiedzanie są destylarnie znajdujące się na wyspie Islay. Tutaj wiadomo, że zdecydowana większość turystów to wielbiciele whisky. Inne powody do odwiedzenia wyspy, których nie dawałyby inne miejsca w Szkocji, można policzyć na palcach jednej ręki. Tak więc i stosunek pracowników destylarni do swoich gości jest zupełnie inny niż gdziekolwiek indziej. Tutaj nie ma przypadkowości. Co drugi gość w Lagavulin, Laphroaig czy Ardbeg to specjalista, który z dziełami zebranymi Michaela Jacksona, Charlesa McLeana i Jima Murray’a zapoznał się jeszcze w przedszkolu. Tutaj nie ma ściemy. Również ze strony przewodników, o których w następnych akapitach.
Przewodnik
Z satysfakcją muszę odnotować, że przypadki gdy trafiłem w ręce przewodnika, którego wiedza na temat whisky ograniczałaby się do tego, co wyniósł z dwugodzinnego szkolenia i przeczytanego kilka razy skryptu, a na co dzień będącego studentem na uniwersytecie w Aberdeen, St. Andrews, czy Edynburgu, są w ostatnich latach coraz rzadsze. Jeszcze dziesięć lat temu przewodnik najczęściej wiedział o whisky dużo mniej niż przeciętny zwiedzający, co nierzadko doprowadzało do zabawnych sytuacji. Od paru lat jednak sytuacja w tej dziedzinie się wyraźnie poprawia. Przewodnicy albo wywodzą się spośród byłych pracowników produkcyjnych destylarni, albo spędzili w danym zakładzie wystarczająco długo, by być w stanie udzielić odpowiedzi na najbardziej nawet dociekliwe, czy podchwytliwe pytania zwiedzających. Dotyczy to w szczególności osób, które będą się nami zajmować podczas bardziej specjalistycznych, wyszukanych form zwiedzania i bardziej rozbudowanych degustacji. W Ardbeg w takich przypadkach trafiamy w ręce Jackie Thomson, a w Lagavulin degustacje whisky prosto z beczek w magazynie prowadzone są przez Iana McArthura, człowieka, który tymi magazynami zajmuje się już od kilkudziesięciu lat. W innych przypadkach będzie to miejscowy Master Distiller, czasem sam menedżer, a czasem członek „rodziny panującej” (np. w Glenfarclas).
Niezależnie od profesjonalizmu przewodnika, pamiętać należy, że nawet oni – a właściwie to szczególnie oni – bywają poddawani korporacyjnemu praniu mózgów do tego stopnia, że w niektóre bzdury opowiadane oficjalnie i powszechnie na temat produkcji whisky, procesu dojrzewania, kupażowania, butelkowania, oferty rynkowej, itp., sami już dawno uwierzyli. Nawet wbrew rozsądkowi. Jeśli ktoś z kamienną twarzą i z pełnym przekonaniem opowiada nam o niezmienności charakterystyki aromatyczno-smakowej oficjalnych wersji whisky na przestrzeni lat, o mistycznym wpływie tego czy innego kształtu alembików na ostateczny produkt, wyższości ogrzewania gazowego nad otwartym ogniem, kadzi fermentacyjnych ze stali nierdzewnej nad daglezją, najnowszych rozwiązaniach w systemach wentylacji nowoczesnych, piętrowych magazynów z blachy falistej, czy wpływie miejsca dojrzewania na smak, zapach i kolor whisky (sporo whisky produkowanej w destylarniach koncernu Pernod Ricard leżakuje nie w wolnych od zanieczyszczeń Highlands, a w Beith, paręnaście kilometrów na południe od przemysłowego Glasgow, zapomnij więc o morskich wpływach w Scapa) – nie ma sensu podejmować z nim jałowych dyskusji.
Nie zdziwmy się również, jeśli przewodnik – choćby nie wiem jak fachowy – nie potrafił nam powiedzieć nic sensownego na temat rzadkich edycji whisky produkowanej w jego zakładzie. Nawet jeśli to wersje oficjalne, firmowane przez producenta. Kiedyś usiłowałem zrobić wrażenie na szefie Visitor Centre w Ben Nevis, pokazując mu zdjęcia starych, oficjalnych Ben Nevisów, degustowanych swego czasu w Starym Młynie. Patrzył na nie jakby latającą świnię zobaczył. Na koniec stwierdził, że nie miał zielonego pojęcia o takich edycjach, ich zestawianie i butelkowanie musi się dziać poza destylarnią, a ich nikt o tym nie informuje. Skutek był taki, że ów pan bardzo się potem starał by moje wrażenia z wizyty w destylarni były jak najlepsze. Były dobre. Jakoś drogę do mojego pensjonatu znalazłem.
Niezależnie od tego ile razy dawałem im szansę, pewne destylarnie chyba nigdy nie przekonają mnie, że warto udać się do nich na zwiedzanie. Wśród nich prym wiedzie Ben Nevis (wspomniana przecież tak pozytywnie nie dalej jak akapit wyżej), do której – zachęcony królewskim wręcz przyjęciem, gdy byłem tam sam, poza sezonem – zawiodłem kilka razy grupkę znajomych. Tak zdawkowego, pospiesznego i beznamiętnego zwiedzania nie doświadczyłem nigdy przedtem, ani nigdy później. Miało się wrażenie, że przewodnikowi zależy na tym, żeby jak najszybciej odbębnić to oprowadzanie, jakby spieszył się na mecz Anglia-Niemcy.

Paskudne wrażenie wyniosłem też z kilku wizyt w destylarniach należących do Diageo, a wchodzących w skład Classic Malts of Scotland. To jednak prowadzi nas prosto do następnego kryterium.
Władza absolutna
Jakoś nie przychodzi mi do głowy lepszy nagłówek, a jednocześnie wyjaśnienie stosunku do zwiedzających, jaki prezentuje większość destylarni należących do koncernu Diageo. Koszmarami zwiedzającego są m.in. destylarnie Dalwhinnie, Oban, Cragganmore, Royal Lochnagar, czy Cardhu. Diageo wie, że i bez zwiedzających destylarnie sprzedadzą wystarczająco dużo whisky – w tej czy innej postaci, pod tą czy inną marką – więc funkcjonowania destylarnianych Visitor Centres nie traktują poważnie jako narzędzia budowania marki. Tak więc, mimo iż godziny otwarcia to zwykle 10:00-16:00, to w ciągu dnia przewidziano trzy-cztery tury zwiedzania, wielkość grup ograniczono do około dziesięciu osób, a zapisywać się trzeba z tygodniowym wyprzedzeniem, żeby mieć szansę wreszcie zobaczyć od wewnątrz miejsce, w którym produkują naszą ulubioną whisky. Jeszcze parę lat temu, zanim prężnie działające pod tym względem pobliskie Ardbeg i Laphroaig nie wymusiły zmiany polityki, kilka razy odbiłem się od zamkniętych na głucho drzwi Lagavulin, a o zwiedzeniu Caol Ila mogłem tylko pomarzyć. W Cragganmore nikomu nawet nie przyjdzie do głowy wywiesić kartki wyjaśniającej dlaczego drzwi są zamknięte na klucz, mimo iż z umieszczonej na nich rozpiski wynika, że powinni właśnie o tej porze przyjmować turystów.
Kiedy już uda się nam pokonać organizacyjne przeciwności losu i jakoś załapać do grupki wybrańców, przed którymi podwoje destylarni zostaną jednak otwarte, nietrudno odnieść wrażenie, że przenosimy się w czasie do dalekiej przeszłości, mianowicie do wczesnego dzieciństwa. Co prawda, nie każą nam trzymać się za rączki w parach, ale jakiekolwiek odstępstwo od wyznaczonego szlaku dla zwiedzających, jakakolwiek próba dotknięcia któregoś z urządzeń, czy zajrzenia do innej kadzi niż ta, którą właśnie dumnie prezentuje nam przewodnik, kończy się mniej czy bardziej grzecznym, acz stanowczym przywołaniem do porządku. W Dalwhinnie nawet mnie nie udało się pstryknąć alembików…
Do niechlubnej grupy dołącza również – choć do Diageo nie należy – Macallan. Do dziś przechowuję maila, którego dostałem od nich w odpowiedzi na zapytanie o możliwość fotografowania we wnętrzach zakładu na potrzeby przygotowywanej książki. Wymóg milionowego ubezpieczenia zwalił mnie z nóg. Zdjęcia i tak zrobiłem, ale to historia, która do publikacji się nie nadaje.
Pracownikom w Oban czy Dalwhinnie trzeba przyznać, że najczęściej użerać się muszą z turystycznymi warzywami dostarczanymi pod ich drzwi hurtowo, na pokładach autokarów, więc i o brak motywacji do inspirowania nietrudno, ale jakoś nie potrafię im wybaczyć braku umiejętności odróżnienia tychże od turystów autentycznie zainteresowanych ich produktami.
Chlubnymi wyjątkami są tu Lagavulin i Talisker, w których jakoś uporano się mentalnie z problemem obecności zwiedzających, a nawet zaproponowano ciekawe możliwości zobaczenia nieco więcej niż gdzie indziej. Godnymi polecenia są tu chociażby sesje degustacyjne przeprowadzane w magazynie Lagavulin pod okiem Iana McArthura, o których wspominałem już wcześniej.
Na koniec tego, nieco przydługiego odcinka, chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedno zjawisko, doświadczane niezmiennie przez odwiedzających Szkocję i szkockie destylarnie po raz pierwszy, a nierzadko będące źródłem co najmniej lekkiego rozczarowania, jeśli nie poważnej frustracji. Wspominałem o tym, że na miejscu często nie wiedzą nawet o tym, co pod szyldem ich destylarni znaleźć można na rynku, nawet jeśli mówimy o oficjalnych, lecz nieco starszych i rzadszych wersjach whisky. Nie wynika to jednak z jakiejś specjalnej formy ignorancji, niedouczenia bądź niestaranności w przygotowaniu do oprowadzania turystów. Jedna z rzeczy, które rzucają się dość szybko w oczy, to zupełnie różna perspektywa w postrzeganiu zjawiska whisky przez entuzjastów z całego świata, a przez samych jej producentów. My skupiamy się na najlepszych, rzadkich, limitowanych, starych, wymyślnych edycjach, które tak naprawdę są marginesem marginesu produkcji tej czy innej destylarni. Starannie dobrane, z uwagą degustowane, analizowane i oceniane. Z perspektywy „miejscowych” destylarnia to zakład pracy, ucieczka od bezrobocia, perspektywa kupienia na raty mebli do stołowego, czy spędzenia wymarzonych wakacji w jakimś kraju, gdzie nie pada codziennie na głowę, a słońce pojawia się na niebie na dłużej nić piętnaście minut. W najlepszym razie, atrakcja turystyczna, która przyciągnie dodatkowych klientów do pubu, hotelu, pensjonatu, sklepu z pamiątkami. Oni tam – w większości, choć jasne, że nie wszyscy – naprawdę w nosie mają nasze wrażenia smakowe, skojarzenia aromatów, czy długość finiszu. Któregoś razu w pubie Ardview Inn w Port Ellen, podczas intensywnej sesji bratania się z miejscowymi, wyraziłem zachwyt nad ofertą pubu jeśli chodzi o whisky – na honorowym miejscu stoją tam butelki Ardbeg, Bowmore, Bruichladdich, Kilchoman, Lagavulin, Laphroaig i Port Ellen(!). Mojemu rozmówcy chwilę zajęło zorientowanie się o czym to ja w ogóle mówię (co składam na karb wcześniejszego spożycia), po czym wzruszył ramionami i wyjaśnił mi w prostych słowach. Jak chce się upić, to sięga po Scottish Leader, albo zwyczajną wódkę. Owszem, są tu te destylarnie, prawda, ale do nich to przyjeżdżają jacyś tam dziwacy z całego świata. Kto by to pił za taaaakie pieniądze? Podkreślam, rzecz miała miejsce w Port Ellen, mekce wielbicieli whisky, o rzut beretem od najbardziej legendarnych destylarni.

Musimy się pogodzić z faktem, że w większości przypadków będziemy tam traktowani jako nieszkodliwi, może nawet pożyteczni, ale jednak wariaci. Nierzadko sami sobie na to zapracujemy, kiedy na przykład, z jednej strony będziemy nosić nos wyżej głowy i robić z siebie najwybitniejszych koneserów, a z drugiej damy się nabrać miejscowym cwaniaczkom sprzedającym zbite z sosnowych deszczułek kółka z wypalonymi na nich nazwami destylarni, imitujące denka beczek, w których leżakowała whisky. Dwadzieścia pięć funtów za sztukę to przebitka rzędu tysięcy procent, a wartości takiego kawałka drewna nie podniesie nawet fakt, że hochsztapler je sprzedający funkcjonuje przez płot od najbardziej nawet legendarnej destylarni (tu: Lagavulin). Nikt rozsądny, kto choć raz widział prawdziwe beczki, nie da się przecież na coś takiego nabrać.
Ach, Szkocja, Szkocka, Szkoci… Ja jeszcze o nich napiszę…
cdn
[R.M.]

Do Szkocji (cz. 3)
Zwiedzamy destylarnię
Oprócz tego, które destylarnie zechcemy zobaczyć, zdecydować należy jak chcemy je zwiedzać. Większość tych, przy których funkcjonują Visitor Centres, oferuje więcej niż jedną opcję zwiedzania. Zasadniczo, mamy do wyboru trzy możliwości:
(1) Wpadamy do sklepiku przy destylarni, z szeroko otwartymi ustami przyglądamy się wystawionym na półkach butelkom (najczęściej w cenach wyraźnie przewyższających ofertę dowolnego sklepu sprzedającego whisky, a nie znajdującego się na terenie żadnej destylarni), po czym kupujemy koszulkę z logo zakładu, być może polar, oglądamy co się da z zewnątrz, pstrykamy pagodę (jeśli występuje) i ruszamy zobaczyć następną. Opcja „oglądamy co się da z zewnątrz” daje się wprowadzić w życie również w tych destylarniach, w których nie przewidziano ani zwiedzania, ani koszulek z logo. Czasem da się zastosować wybieg w stylu „przykro nam, nie mamy czasu na zwiedzanie całej destylarni, przyjechaliśmy z daleka, mamy jeszcze długą drogę przed sobą, ale bardzo chcielibyśmy zobaczyć wasze alembiki, o których słyszeliśmy, że są niezwykłe, dałoby się choć na chwilę do nich zajrzeć i może pstryknąć fotkę?” Jeśli mamy szczęście, uda się nam zobaczyć najciekawszy fragment destylarni, zupełnie za darmo i bez potrzeby wysłuchiwania po raz setny opowieści o tym, jak to trud miejscowego rolnika i piękno miejscowej przyrody przekuwane są w płynne złoto po pięćdziesiąt funtów za butelkę, dostępne w naszym sklepiku, do którego zapraszamy po zakończeniu zwiedzania.

(2) Opcja druga to standardowe zwiedzanie zakładu pod okiem przewodnika. Kosztuje najczęściej kilka funtów – pomiędzy 5 a 10 GBP. Zwykle trwa około godziny, zaczynać się może projekcją dziesięciominutowego filmiku pokazującego proces produkcji whisky i piękno szkockiej przyrody, a kończy degustacją paru kropel najbardziej standardowej, oficjalnej wersji whisky produkowanej w danej destylarni. Przez lata, jakie spędziłem na odwiedzaniu szkockich gorzelni, ilość oferowanej na koniec whisky uległa naprawdę imponującej ewolucji. Pod koniec ubiegłego tysiąclecia zdarzało się, że zwyczajnie upijano mnie, napełniając mój kieliszek szczodrze coraz to starszymi edycjami. Od standardowej NAS (no age statement – bez określenia wieku) lub najmłodszej w rodzinie, do wersji nawet kilkudziesięcioletnich. Standardem była możliwość degustacji kilku wersji, na przykład, finiszowanych w kilku różnych rodzajach beczek. Niejednokrotnie zabierano mnie do magazynu, gdzie otwierano jakąś sympatyczną beczkę i polewano (znowu szczodrze!) prosto z niej. Obecnie, jeśli dostaniemy do spróbowania dwie różne, jednak najprostsze wersje, będzie to ewenement godny odnotowania w kronice wyprawy. Ilość whisky, jaką znajdziemy w oferowanym kieliszku, pominę milczeniem. Bo naprawdę nie ma o czym mówić.
(3) Trzecia możliwość to wybór jednej z czasami kilku ponadstandardowych opcji zwiedzania, nierzadko określana mianem „VIP”, „super special”, „master tour”, lub w jakiś równie wymyślny, a jednocześnie nobilitujący uczestników sposób. Pomysłowość szefów poszczególnych Visitor Centres wydaje się nie znać ograniczeń. Pod okiem „doświadczonych, dysponujących ogromną wiedzą przewodników” zabiorą nas wszędzie tam, gdzie nigdy nie dostaną się te cieniasy, które wybrały opcję (2). Czasem pokażą nam wnętrze magazynów z leżakującymi beczkami whisky, czasem pomogą dobrać odpowiednią czekoladę do degustacji z tą czy inną wersją whisky. Dwie rzeczy są jednak pewne. Po pierwsze, dadzą nam posmakować kilku mniej oczywistych wersji whisky – w zależności od wybranej opcji od trzech do pięciu, czy nawet siedmiu. Po drugie, niezależnie od smaku whisky, cena biletu będzie słona, nierzadko w okolicy kilkudziesięciu funtów za dwu-trzygodzinną sesję (zwiedzanie, pogadanka, degustacja, film – wszystko razem).

Nie muszę dodawać, że podczas moich własnych peregrynacji po Szkocji przetestowałem wszystkie trzy opcje. W niejednej destylarni, na przestrzeni kilku lat, byłem kilka, a nawet kilkanaście razy, zwiedzając ją na każdy z możliwych sposobów. Powinienem więc być w stanie doradzić coś sensownego, jednak w tej sprawie naprawdę jestem w kropce. Ostateczna radocha, jaką wyniesiemy z destylarni zależy o tak wielu czynników, że nie da się powiedzieć co jest najlepsze. Proponuję więc rzut oka na czynniki, które mogą wypełnić dusze nasze entuzjazmem dla danego miejsca i spotkanych w nim ludzi, albo każą nam omijać tę i ową destylarnię szerokim łukiem, jeśli zdarzyłoby się nam trafić w jej pobliże raz jeszcze.
Tłumy
Niektóre destylarnie w sposób naturalny przyciągają więcej zwiedzających, inne mniej. Jedne leżą przy szlakach turystycznych, do innych autokar nawet nie miałby za bardzo jak dojechać. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że jeśli na parkingu destylarni natkniemy się na kilka autokarów, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że zwiedzać będziemy w towarzystwie osób niemających zielonego pojęcia o szkockiej whisky, że znajdą się wśród nich sympatyczni goście zza oceanu, którzy zechcą dowiedzieć się od naszego przewodnika czym się różni szkocka od Jacka Danielsa, czy w destylarniach robią też sok pomarańczowy, albo czy można kupić pustą beczkę po whisky i ile będzie kosztował jej transport do Wickenburg w Arizonie. Takie niebezpieczeństwo istnieje przede wszystkim w Glenfiddich (wstęp jest bezpłatny, więc wielu tour operatorów wysyła swoje wycieczki właśnie tam, w sposób oczywisty tnąc koszty), Dalwhinnie (znajduje się tuż przy głównej drodze wiodącej nad Loch Ness, dokąd pędzą szalone tłumy, a nikt nie czuje jakiejś przemożnej potrzeby zbytniego zboczenia z trasy), Edradour (usytuowana jest tuż obok pięknego kurortu Pitlochry, a nie każdemu chce się wędrować zbyt daleko na dziką północ).
Z drugiej strony, są miejsca, do których albo niełatwo dotrzeć, albo produkowane przez nich whisky nie mają statusu kultowych, albo po prostu nie dbają zbytnio o swoją reputację jako atrakcje turystyczne. Zdarzyć się tutaj może, że będziemy jedynymi turystami, i na nas właśnie skupi się cała uwaga wszystkich pracowników Visitor Centre, co może mieć tylko i wyłącznie pozytywne konsekwencje. Takie indywidualne zwiedzanie może nam się przytrafić również wtedy, gdy podróż do Szkocji zaplanujemy sobie w jakimś mniej oczywistym okresie, zdecydowanie poza sezonem.
W sezonie czy poza nim, zdarzyło mi się być jedynym zwiedzającym w Ben Nevis, Glendronach, Glen Grant, Isle of Jura, Clynelish/Brora, Glenfarclas, Tomintoul, Bunnahabhain, a nawet w Laphroaig, czy Bruichladdich. Dzięki temu w Ben Nevis miałem możliwość – poza zwiedzaniem i degustacją – pobiegać w kilcie, w Isle of Jura mogłem się napić prosto z beczki w magazynie, w Clynelish wpuszczono mnie do zamkniętych na głucho pomieszczeń Brory, a w Bruichladdich napojono mnie czterokrotnie destylowaną Perilous Whisky, jakieś kilka miesięcy po jej destylacji, prosto z beczki. W Glendronach dowiedziałem się jak smakują rzadsze i dużo starsze edycje produkowanej tam whisky, a w Glen Grant pozwolono mi robić zdjęcia nawet tam, gdzie normalnie fotografowanie jest zabronione(!). W Tomintoul natomiast dowiedziałem się całej prawdy na temat whisky i wszelkich mitów nam wciskanych.

Osobną kategorią jeśli chodzi o tłumne zwiedzanie są destylarnie znajdujące się na wyspie Islay. Tutaj wiadomo, że zdecydowana większość turystów to wielbiciele whisky. Inne powody do odwiedzenia wyspy, których nie dawałyby inne miejsca w Szkocji, można policzyć na palcach jednej ręki. Tak więc i stosunek pracowników destylarni do swoich gości jest zupełnie inny niż gdziekolwiek indziej. Tutaj nie ma przypadkowości. Co drugi gość w Lagavulin, Laphroaig czy Ardbeg to specjalista, który z dziełami zebranymi Michaela Jacksona, Charlesa McLeana i Jima Murray’a zapoznał się jeszcze w przedszkolu. Tutaj nie ma ściemy. Również ze strony przewodników, o których w następnych akapitach.
Przewodnik
Z satysfakcją muszę odnotować, że przypadki gdy trafiłem w ręce przewodnika, którego wiedza na temat whisky ograniczałaby się do tego, co wyniósł z dwugodzinnego szkolenia i przeczytanego kilka razy skryptu, a na co dzień będącego studentem na uniwersytecie w Aberdeen, St. Andrews, czy Edynburgu, są w ostatnich latach coraz rzadsze. Jeszcze dziesięć lat temu przewodnik najczęściej wiedział o whisky dużo mniej niż przeciętny zwiedzający, co nierzadko doprowadzało do zabawnych sytuacji. Od paru lat jednak sytuacja w tej dziedzinie się wyraźnie poprawia. Przewodnicy albo wywodzą się spośród byłych pracowników produkcyjnych destylarni, albo spędzili w danym zakładzie wystarczająco długo, by być w stanie udzielić odpowiedzi na najbardziej nawet dociekliwe, czy podchwytliwe pytania zwiedzających. Dotyczy to w szczególności osób, które będą się nami zajmować podczas bardziej specjalistycznych, wyszukanych form zwiedzania i bardziej rozbudowanych degustacji. W Ardbeg w takich przypadkach trafiamy w ręce Jackie Thomson, a w Lagavulin degustacje whisky prosto z beczek w magazynie prowadzone są przez Iana McArthura, człowieka, który tymi magazynami zajmuje się już od kilkudziesięciu lat. W innych przypadkach będzie to miejscowy Master Distiller, czasem sam menedżer, a czasem członek „rodziny panującej” (np. w Glenfarclas).
Niezależnie od profesjonalizmu przewodnika, pamiętać należy, że nawet oni – a właściwie to szczególnie oni – bywają poddawani korporacyjnemu praniu mózgów do tego stopnia, że w niektóre bzdury opowiadane oficjalnie i powszechnie na temat produkcji whisky, procesu dojrzewania, kupażowania, butelkowania, oferty rynkowej, itp., sami już dawno uwierzyli. Nawet wbrew rozsądkowi. Jeśli ktoś z kamienną twarzą i z pełnym przekonaniem opowiada nam o niezmienności charakterystyki aromatyczno-smakowej oficjalnych wersji whisky na przestrzeni lat, o mistycznym wpływie tego czy innego kształtu alembików na ostateczny produkt, wyższości ogrzewania gazowego nad otwartym ogniem, kadzi fermentacyjnych ze stali nierdzewnej nad daglezją, najnowszych rozwiązaniach w systemach wentylacji nowoczesnych, piętrowych magazynów z blachy falistej, czy wpływie miejsca dojrzewania na smak, zapach i kolor whisky (sporo whisky produkowanej w destylarniach koncernu Pernod Ricard leżakuje nie w wolnych od zanieczyszczeń Highlands, a w Beith, paręnaście kilometrów na południe od przemysłowego Glasgow, zapomnij więc o morskich wpływach w Scapa) – nie ma sensu podejmować z nim jałowych dyskusji.
Nie zdziwmy się również, jeśli przewodnik – choćby nie wiem jak fachowy – nie potrafił nam powiedzieć nic sensownego na temat rzadkich edycji whisky produkowanej w jego zakładzie. Nawet jeśli to wersje oficjalne, firmowane przez producenta. Kiedyś usiłowałem zrobić wrażenie na szefie Visitor Centre w Ben Nevis, pokazując mu zdjęcia starych, oficjalnych Ben Nevisów, degustowanych swego czasu w Starym Młynie. Patrzył na nie jakby latającą świnię zobaczył. Na koniec stwierdził, że nie miał zielonego pojęcia o takich edycjach, ich zestawianie i butelkowanie musi się dziać poza destylarnią, a ich nikt o tym nie informuje. Skutek był taki, że ów pan bardzo się potem starał by moje wrażenia z wizyty w destylarni były jak najlepsze. Były dobre. Jakoś drogę do mojego pensjonatu znalazłem.
Niezależnie od tego ile razy dawałem im szansę, pewne destylarnie chyba nigdy nie przekonają mnie, że warto udać się do nich na zwiedzanie. Wśród nich prym wiedzie Ben Nevis (wspomniana przecież tak pozytywnie nie dalej jak akapit wyżej), do której – zachęcony królewskim wręcz przyjęciem, gdy byłem tam sam, poza sezonem – zawiodłem kilka razy grupkę znajomych. Tak zdawkowego, pospiesznego i beznamiętnego zwiedzania nie doświadczyłem nigdy przedtem, ani nigdy później. Miało się wrażenie, że przewodnikowi zależy na tym, żeby jak najszybciej odbębnić to oprowadzanie, jakby spieszył się na mecz Anglia-Niemcy.

Paskudne wrażenie wyniosłem też z kilku wizyt w destylarniach należących do Diageo, a wchodzących w skład Classic Malts of Scotland. To jednak prowadzi nas prosto do następnego kryterium.
Władza absolutna
Jakoś nie przychodzi mi do głowy lepszy nagłówek, a jednocześnie wyjaśnienie stosunku do zwiedzających, jaki prezentuje większość destylarni należących do koncernu Diageo. Koszmarami zwiedzającego są m.in. destylarnie Dalwhinnie, Oban, Cragganmore, Royal Lochnagar, czy Cardhu. Diageo wie, że i bez zwiedzających destylarnie sprzedadzą wystarczająco dużo whisky – w tej czy innej postaci, pod tą czy inną marką – więc funkcjonowania destylarnianych Visitor Centres nie traktują poważnie jako narzędzia budowania marki. Tak więc, mimo iż godziny otwarcia to zwykle 10:00-16:00, to w ciągu dnia przewidziano trzy-cztery tury zwiedzania, wielkość grup ograniczono do około dziesięciu osób, a zapisywać się trzeba z tygodniowym wyprzedzeniem, żeby mieć szansę wreszcie zobaczyć od wewnątrz miejsce, w którym produkują naszą ulubioną whisky. Jeszcze parę lat temu, zanim prężnie działające pod tym względem pobliskie Ardbeg i Laphroaig nie wymusiły zmiany polityki, kilka razy odbiłem się od zamkniętych na głucho drzwi Lagavulin, a o zwiedzeniu Caol Ila mogłem tylko pomarzyć. W Cragganmore nikomu nawet nie przyjdzie do głowy wywiesić kartki wyjaśniającej dlaczego drzwi są zamknięte na klucz, mimo iż z umieszczonej na nich rozpiski wynika, że powinni właśnie o tej porze przyjmować turystów.
Kiedy już uda się nam pokonać organizacyjne przeciwności losu i jakoś załapać do grupki wybrańców, przed którymi podwoje destylarni zostaną jednak otwarte, nietrudno odnieść wrażenie, że przenosimy się w czasie do dalekiej przeszłości, mianowicie do wczesnego dzieciństwa. Co prawda, nie każą nam trzymać się za rączki w parach, ale jakiekolwiek odstępstwo od wyznaczonego szlaku dla zwiedzających, jakakolwiek próba dotknięcia któregoś z urządzeń, czy zajrzenia do innej kadzi niż ta, którą właśnie dumnie prezentuje nam przewodnik, kończy się mniej czy bardziej grzecznym, acz stanowczym przywołaniem do porządku. W Dalwhinnie nawet mnie nie udało się pstryknąć alembików…
Do niechlubnej grupy dołącza również – choć do Diageo nie należy – Macallan. Do dziś przechowuję maila, którego dostałem od nich w odpowiedzi na zapytanie o możliwość fotografowania we wnętrzach zakładu na potrzeby przygotowywanej książki. Wymóg milionowego ubezpieczenia zwalił mnie z nóg. Zdjęcia i tak zrobiłem, ale to historia, która do publikacji się nie nadaje.
Pracownikom w Oban czy Dalwhinnie trzeba przyznać, że najczęściej użerać się muszą z turystycznymi warzywami dostarczanymi pod ich drzwi hurtowo, na pokładach autokarów, więc i o brak motywacji do inspirowania nietrudno, ale jakoś nie potrafię im wybaczyć braku umiejętności odróżnienia tychże od turystów autentycznie zainteresowanych ich produktami.
Chlubnymi wyjątkami są tu Lagavulin i Talisker, w których jakoś uporano się mentalnie z problemem obecności zwiedzających, a nawet zaproponowano ciekawe możliwości zobaczenia nieco więcej niż gdzie indziej. Godnymi polecenia są tu chociażby sesje degustacyjne przeprowadzane w magazynie Lagavulin pod okiem Iana McArthura, o których wspominałem już wcześniej.
Na koniec tego, nieco przydługiego odcinka, chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedno zjawisko, doświadczane niezmiennie przez odwiedzających Szkocję i szkockie destylarnie po raz pierwszy, a nierzadko będące źródłem co najmniej lekkiego rozczarowania, jeśli nie poważnej frustracji. Wspominałem o tym, że na miejscu często nie wiedzą nawet o tym, co pod szyldem ich destylarni znaleźć można na rynku, nawet jeśli mówimy o oficjalnych, lecz nieco starszych i rzadszych wersjach whisky. Nie wynika to jednak z jakiejś specjalnej formy ignorancji, niedouczenia bądź niestaranności w przygotowaniu do oprowadzania turystów. Jedna z rzeczy, które rzucają się dość szybko w oczy, to zupełnie różna perspektywa w postrzeganiu zjawiska whisky przez entuzjastów z całego świata, a przez samych jej producentów. My skupiamy się na najlepszych, rzadkich, limitowanych, starych, wymyślnych edycjach, które tak naprawdę są marginesem marginesu produkcji tej czy innej destylarni. Starannie dobrane, z uwagą degustowane, analizowane i oceniane. Z perspektywy „miejscowych” destylarnia to zakład pracy, ucieczka od bezrobocia, perspektywa kupienia na raty mebli do stołowego, czy spędzenia wymarzonych wakacji w jakimś kraju, gdzie nie pada codziennie na głowę, a słońce pojawia się na niebie na dłużej nić piętnaście minut. W najlepszym razie, atrakcja turystyczna, która przyciągnie dodatkowych klientów do pubu, hotelu, pensjonatu, sklepu z pamiątkami. Oni tam – w większości, choć jasne, że nie wszyscy – naprawdę w nosie mają nasze wrażenia smakowe, skojarzenia aromatów, czy długość finiszu. Któregoś razu w pubie Ardview Inn w Port Ellen, podczas intensywnej sesji bratania się z miejscowymi, wyraziłem zachwyt nad ofertą pubu jeśli chodzi o whisky – na honorowym miejscu stoją tam butelki Ardbeg, Bowmore, Bruichladdich, Kilchoman, Lagavulin, Laphroaig i Port Ellen(!). Mojemu rozmówcy chwilę zajęło zorientowanie się o czym to ja w ogóle mówię (co składam na karb wcześniejszego spożycia), po czym wzruszył ramionami i wyjaśnił mi w prostych słowach. Jak chce się upić, to sięga po Scottish Leader, albo zwyczajną wódkę. Owszem, są tu te destylarnie, prawda, ale do nich to przyjeżdżają jacyś tam dziwacy z całego świata. Kto by to pił za taaaakie pieniądze? Podkreślam, rzecz miała miejsce w Port Ellen, mekce wielbicieli whisky, o rzut beretem od najbardziej legendarnych destylarni.

Musimy się pogodzić z faktem, że w większości przypadków będziemy tam traktowani jako nieszkodliwi, może nawet pożyteczni, ale jednak wariaci. Nierzadko sami sobie na to zapracujemy, kiedy na przykład, z jednej strony będziemy nosić nos wyżej głowy i robić z siebie najwybitniejszych koneserów, a z drugiej damy się nabrać miejscowym cwaniaczkom sprzedającym zbite z sosnowych deszczułek kółka z wypalonymi na nich nazwami destylarni, imitujące denka beczek, w których leżakowała whisky. Dwadzieścia pięć funtów za sztukę to przebitka rzędu tysięcy procent, a wartości takiego kawałka drewna nie podniesie nawet fakt, że hochsztapler je sprzedający funkcjonuje przez płot od najbardziej nawet legendarnej destylarni (tu: Lagavulin). Nikt rozsądny, kto choć raz widział prawdziwe beczki, nie da się przecież na coś takiego nabrać.
Ach, Szkocja, Szkocka, Szkoci… Ja jeszcze o nich napiszę…
cdn
[R.M.]
R E K L A M A


