2014.06.10

Do Szkocji (cz. 4)
Nie samą whisky…
Puby
Niejednokrotnie spotkałem się z wyrażanym głośno zdziwieniem, że co to za Szkocja, skoro w przeciętnym pubie w takim, powiedzmy, Edynburgu, Fort William, czy Inveraray nie ma porządnej whisky. No i nie ma, rzeczywiście. Można się tam napić standardowych Famous Grouse, Grant’s, czy niesławnej Scottish Leader, po półkach będą się nieśmiało szwendać do połowy opróżnione butelki podstawowych edycji single malt, ale na fajerwerki nie ma co liczyć. Z jakiegoś powodu wielu rodaków odwiedzających Szkocję, szczególnie jeśli są wielbicielami whisky, spodziewa się, że zaraz po przekroczeniu granicy na każdym kroku będą wręcz potykać się o butelki najwybitniejszych edycji szkockiej whisky.
Sprawa przestaje jednak być tak zaskakująca jeśli wziąć pod uwagę fakt iż puby to ze swej natury miejsca publiczne (nie lokale w polskim znaczeniu tego słowa!), prowadzone z myślą o tym, by mieszkańcy wsi, miasteczka, okolicy, mieli gdzie się spotkać i pogadać. A jak wspomniano wcześniej, miejscowi nie bardzo przepadają za wymyślnymi wersjami szkockiej single malt. Sytuacja wygląda nieco bardziej różowo w miejscowościach turystycznych, takich jak Oban, Fort William, czy Inverness. Pamiętajmy jednak – pub jest pubem, a nie miejscem dla jakiejkolwiek maści smakoszy.
Jeśli zależy nam na znalezieniu miejsca do poważnej degustacji whisky, radziłbym poszukać wśród hotelowych barów. Te z definicji przeznaczone są dla turystów, a na dodatek dla takich turystów, których stać na słodowe szaleństwa. No i atmosfera będzie w nich sprzyjała kontemplacji niuansów aromatyczno-smakowych bardziej niż w hałaśliwym, zatłoczonym i nie zawsze lśniącym czystością pubie. Do Ardview Inn w Port Ellen (na zdjęciu poniżej), będącego chlubnym wyjątkiem od reguły, a jednocześnie będącego największą speluną miejscowych, po raz pierwszy wszedłem w lutym 2007, krótko po wprowadzeniu zakazu palenia w miejscach publicznych. Wcześniej nie dało się tam oddychać, tak gęsty był dym z fajek. Jednak nawet po oddymieniu, nie jest to najprzyjemniejsze miejsce na wyspie. Miejscami człowiek nie wie czy uda mu się odkleić od krzesła, na którym nieopatrznie usiadł. Może dlatego miejscowi w większości raczej stoją przy barze.

Jeśli natomiast chodzi o hotele, to po całej Szkocji porozrzucane są przybytki tak kuszące, że aż prosi się by wejść i wychylić drama w ciszy, przy kominku, w nabożnej wręcz atmosferze. Naturalną koleją rzeczy, najwięcej takich miejsc znajdziemy w okolicach słynących z produkcji whisky, stąd nie dziwi lokalizacja jednego ze słynniejszych barów w Craigellachie Hotel w Speyside, innego w Ardshiel Hotel w Campbeltown, czy wreszcie Duffies Bar w Lochside Hotel w Bowmore na Islay. Żeby wymienić tylko kilka.
Zapomnij o whisky
Jednym z większych grzechów, jakie można popełnić podczas wyjazdu do Szkocji, jest ograniczenie zainteresowania do whisky i produkujących ją destylarni. Szkocja, szczególnie ta prawdziwa, dzika Szkocja, mniej więcej na północ i północny zachód od linii Glasgow-Edynburg, ma do zaoferowania taki ogrom atrakcji i potencjalnie niezapomnianych wrażeń, że nie sposób je przegapić, a zauważywszy – nie docenić i nie zakochać się. Szkocja to – poza destylarniami – ogromne, niemal dzikie przestrzenie pokryte wrzosami, łagodne, stare góry i przecinające je doliny, po dnie których płyną potoki i rzeki pełne łososi i pstrągów. Szkocja to zamki, zamczyska i ruiny rozsiane po całym kraju, czasem w najmniej spodziewanych miejscach. Jedne pięknie zachowane, których zwiedzanie stanowi nie lada atrakcję, inne – zrujnowane, wydawałoby się, że opuszczone i zapomniane. Szkocja to także rynnowe jeziora wypełniające niecki wśród gór, jeziora zwane tutaj „lochs”, z krystalicznie czystą, lodowato zimną wodą. Każdy, kto kiedykolwiek próbował się w nich kąpać, wie, że to nie przelewki. Szkocja to także wolno błądzące wśród tych wrzosowisk stada jeleni, wygrzewające się na przybrzeżnych skałach stada fok, czy niezliczone ilości ptactwa morskiego – fulmarów, wydrzyków, alk, kormoranów, głuptaków, ostrygojadów, czy wreszcie maskonurów, moich ulubionych ptasząt zamieszkujących tamte okolice.

Właściwie wystarczy wyjechać poza północne rogatki Glasgow, rozejrzeć się wokół siebie, pojechać jeszcze trochę na północ, znowu się rozejrzeć – i już nigdy nie będziemy chcieli jechać na wakacje w żadne egzotyczne, tropikalne kraje. Jeśli interesują nas klimaty morskie, urokliwe piaszczyste plaże ukryte między klifami, dramatyczne skały, czy długie, podobne nieco do fiordów zatoki morskie – polecam zachodnie wybrzeże, od nasady półwyspu Kintyre do najbardziej na północny zachód wysuniętego cypla, Cape Wrath. Jeśli chodzi o zamki, znaleźć je można właściwie wszędzie, choć największe nagromadzenie tego typu zabytków znajdziemy tam, gdzie i najwięcej whisky – w okolicach Speyside. Od malowniczych ruin w stylu Dunnottar, Kilchurn, czy Ardvreck, przez niewielkie rezydencje, takie jak Ballindalloch, Crathie, czy Craigievar, do ogromnych zamczysk, jak Dunrobin, Stirling, czy Culzean. Świadomie nie wspominam o Zamku Edynburskim, czy pałacu Holyroodhouse. Edynburg to zupełnie osobna historia, i choć miasto samo w sobie potrafi zachwycić, ma się ono do reszty Szkocji mniej więcej tak, jak Kraków do Podhala.

Oprócz gór, jezior, zamków i destylarni, warto przyjrzeć się kultywowanym w Szkocji tradycjom. Jedną z nich jest tradycyjny strój, którego elementem jest charakterystyczna kraciasta spódnica noszona przez mężczyzn, zwana kiltem. Jedną z ciekawostek dla cudzoziemców jest fakt iż pod kiltem nie nosi się bielizny, a nagabywani o to Szkoci czasami mają już dosyć pytań o kwestię tak intymną. Byłem kiedyś świadkiem, gdy jeden z nich, zapytany wprost przez dwie młode Polki, po prostu odwrócił się, wypiął, zadarł kilt i pokazał. Już więcej nie pytały.
W okresie letnim w wielu miejscowościach po całej Szkocji organizowane są tradycyjne zawody miejscowych górali, zwane Highland Games. Jeśli mamy możliwość przyjrzeć się takiej imprezie, trzeba to zrobić koniecznie. Najbardziej charakterystyczne, a dla nas egzotyczne konkurencje to osławiony rzut kłodą (caber tossing), czy rzut młotem. W ramach Highland Games odbywa się jednak wiele innych konkurencji, w tym przeciąganie liny, skok w dal, zawody dudziarzy, czy tancerzy. Jest to zwykle okazja do posłuchania tradycyjnych szkockich melodii granych przez orkiestry składające się nierzadko z ponad setki muzyków – dudziarzy i doboszy.

Tak przy okazji, ten charakterystyczny szkocki instrument muzyczny (zresztą, nie tylko szkocki) to dudy, nie żadna kobza.
Góry, backpacking
Kiedy ogląda się szkockie góry z okna samochodu zmierzającego główną drogą z Edynburga do Inverness i dalej na północ, wydają się one łagodne, niezbyt wysokie, łatwe do wędrowania. Gorąco zachęcam każdego, kto lubi chodzić po górach, do zmierzenia się ze szkockimi Cairngorms, górami wokół Glencoe, czy masywem Ben Nevis. Szkockie góry, niemal zupełnie pozbawione drzew, rzeźbione erozją przez tysiące lat, porośnięte mchami i wrzosami dostarczają nieopisanych wręcz wrażeń. Z każdym krokiem, z każdą zmianą położenia, zmienia się również krajobraz. Potrafi zakręcić w głowie. Pamiętać jednak trzeba, że szkockie góry tylko wyglądają niewinnie. Skaliste, od pewnego poziomu niemal zupełnie pozbawione roślinności, są najczęściej mokre – albo pada na nie deszcz, albo właśnie spadł na nie deszcz, albo resztki deszczu i topniejącego śniegu z górnych partii spływają w sposób niekontrolowany, sprawiając, że o poślizgnięcie się i wypadek naprawdę nietrudno. Na dodatek, wbrew pozorom, potrafią być bardzo strome. Tylko widziane z daleka wyglądają na łagodne, niewinne baranki. Rzeczywiście, kiedy już dostaniemy się w ich najwyższe partie, nie znajdziemy tam strzelistych szczytów, a raczej rozległe płaskowyże. Jednak zanim tam dotrzemy, będziemy musieli zmierzyć się ze stokami w dolnych partiach; są naprawdę strome i wymagają nieustannej uwagi. Szczególnie, że przecież najczęściej są mokre.

Osoby przywykłe do wędrówek górskich w Karkonoszach, Bieszczadach, czy Tatrach zadziwi niemal zupełny brak infrastruktury. Ze świecą w ręku szukać tam oznakowanych szlaków (poza kilkoma chlubnymi wyjątkami), nie znajdziemy tam również górskich schronisk oferujących noclegi, picie i jedzenie, a przede wszystkim, umożliwiających nieprzerwane wędrowanie od schroniska do schroniska, z minimalnym bagażem w plecaku. Jeśli decydujemy się na wędrówkę po szkockich górach, trzeba zabrać ze sobą odpowiednio duży zapas jedzenia, namiot, śpiwór, karimatę, kuchenkę gazową i całą resztę tego, co będzie nam potrzebne w ciągu całej wyprawy. Nie ma mowy o spaniu „pod chmurką”. Albo zleje nas deszcz, albo zjedzą nas midges (o których więcej parę akapitów dalej). Podczas czterodniowego backpackingu z Braemar do Tomintoul, przez najwyższe partie Cairngorms, ani razu nie spotkałem człowieka, już w okolicach Inveray (dzień 1) skończył się zasięg telefonii komórkowej, a na pierwsze oznaki cywilizacji trafiłem cztery dni później, docierając do miasteczka Tomintoul.
Wspomnieć należy o dostępnej w wielu miejscach w szkockich górach opcji noclegowej, mianowicie o chatach górskich, zwanych tutaj bothies. Są to często nie więcej niż trochę bardziej masywne, murowane szałasy, oferujące przede wszystkim dach nad głową, ale poza tym niewiele ponad gołą podłogę i jakąś półkę lub stolik, na którym można przyrządzić sobie posiłek. Bywają jednak nieocenione, szczególnie jeśli akurat złapie nas deszcz, a nie dotarliśmy jeszcze do punktu docelowego, gdzie zamierzamy rozbić namiot. Może się zdarzyć, że znajdziemy w nich jakieś przydatne artykuły, pozostawione przez poprzednich lokatorów – kilka świec, zapałki, czasem konserwę, czy latarkę. Dobrym zwyczajem jest zostawić coś, co nam już nie będzie potrzebne w dalszej wędrówce (albo zbytnio ciąży w plecaku), z myślą o tych, którzy z danej chaty korzystać będą po nas.
W wielu przypadkach, podczas korzystania z bothies, artykułem pierwszej potrzeby wydaje się klamerka na nos, a decyzja o pozostaniu w nich na noc jest aktem najwyższej desperacji. Są jednak chlubne wyjątki od tej reguły. Na myśl przychodzi mi przede wszystkim chata zwana Faindouran Lodge, znajdująca się w dolinie rzeki Avon, będąca pozostałością zamieszkałego niegdyś domostwa, w większości zrujnowanego, gdzie jednak odremontowano główną część domu mieszkalnego i pozostawiono ją otwartą do użytku strudzonych wędrowców. Warunki w środku w dalszym ciągu nie zasługują na pięć gwiazdek, ale mamy tu stolik, krzesła, drewniane posłanie, a nawet działający kominek. Wystarczy tylko pochodzić po okolicy, nałamać gałęzi suchych wrzosów, kalecząc sobie dotkliwie ręce, by można było spędzić romantyczny wieczór przy kominku, wysuszyć ubrania i zebrać siły do dalszej wędrówki następnego dnia.
Lokalizacja większości bothies zaznaczona jest na mapach z serii Outdoor Leisure, w skali 1:25.000, wydawanych przez Ordnance Survey, bez których nie wyobrażam sobie wędrówek po górach w Szkocji, a które dostępne są we wszystkich biurach informacji turystycznej i wielu sklepach pamiątkarskich na terenie szkockich Highlands.
Noclegi
Jeśli nawet zdecydujemy się na podróżowanie i wędrówki po Szkocji z namiotem, trzeba nastawić się (również finansowo) na spędzenie kilku noclegów pod bardziej solidnym dachem. Mimo iż szkockie pola namiotowe posiadają infrastrukturę, która niejednego hardcorowego „wyrypiarza” przyprawić może o zawrót głowy – równiutko przystrzyżona trawa, pojedyncze stanowiska namiotowe ze stolikiem i krzesełkami, duże odległości pomiędzy namiotami, prysznice, umywalki i toalety czyste i nierzadko pachnące, pralnie, suszarnie, itp. – to jednak aż się prosi od czasu do czasu pozwolić namiotowi wyschnąć, a samemu przespać się w ciepłym, suchym pokoju, w wygodnym łóżku, pod pachnącą pościelą.

W najdalszych nawet zakątkach Szkocji znajdziemy pensjonaty typu bed and breakfast, gdzie za stosunkowo niewielkie pieniądze przenocujemy w warunkach bardziej niż przyzwoitych, a na dodatek, rano dostaniemy smaczne i sycące śniadanie. Pensjonaty B&B będą się od siebie różniły standardem, czasem wręcz dramatycznie, jednak rzadko kiedy schodzą poniżej pewnego, bardzo przyzwoitego poziomu. (No, może poza pewnym przybytkiem, w którym dane mi było kiedyś zanocować w Stirling, ale postanowiłem spuścić nań zasłonę milczenia. I nigdy więcej tam nie jechać.) Podczas dokonywania rezerwacji warto pamiętać, że zwykle oferują one pokoje dwuosobowe, przy czym ang. twin room to pokój z dwoma pojedynczymi łóżkami, a w double room znajdziemy jedno duże łoże małżeńskie. Potrafi to mieć kolosalne znaczenie.
Wydaje się, że najtańszą formą zamieszkania w Szkocji, szczególnie jeśli podróżujemy kilkuosobową grupą, stanowi możliwość wynajęcia całego domu w formie tzw. self-catering. Mamy wówczas do dyspozycji kilka sypialni, salon, kuchnię, co najmniej jedną łazienkę oraz całe wyposażenie niezbędne do komfortowego spędzenia czasu podczas pobytu w Szkocji. Do standardu należy pralka, lodówka, mikrofalówka, zmywarka do naczyń, telewizor, odtwarzacz DVD, internet WiFi, nie wspominając o wszelkiego rodzaju naczyniach i sztućcach. W takim wypadku musimy jednak samodzielnie zadbać o zaopatrzenie się w środki czystości, wszelkiego rodzaju chemię gospodarczą, papier toaletowy, itp. No i sami musimy sobie przyrządzać posiłki, a po nich sprzątać. Zważywszy na fakt, że tego typu zakwaterowanie bywa o połowę tańsze – w przeliczeniu na głowę – od standardowych B&B, warto wziąć pod uwagę taką opcję.
Wiele osób poszukujących niedrogich opcji zakwaterowania w Szkocji zupełnie nie bierze pod uwagę hoteli, wychodząc z założenia, że będą one droższe niż pensjonaty B&B. Często rzeczywiście tak jest, jednak w niewielkich miejscowościach porozrzucanych po szkockich Highlands znaleźć można i takie, które pogodziły się z faktem, że odwiedzający Szkocję poszukują raczej niedrogich opcji, i dostosowały swoją ofertę do mniej zamożnych portfeli entuzjastów szkockich krajobrazów. Oferowany przez nie standard bywa zupełnie przyzwoity, choć i tu trzeba być przygotowanym na skrajne doznania. Hotele mają jednak tę zaletę, że funkcjonują przy nich restauracje lub puby oferujące nie tylko śniadania, ale również gorące posiłki popołudniowo-wieczorne. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie nie tak dawno hotel White Hart w Campbeltown. Standard zakwaterowania co najmniej przyzwoity, wyśmienite jedzenie, centralna lokalizacja, a jako bonus – możliwość gry w bingo w znajdującym się na dole pubie.

Ostatnią godną uwagi opcją są coraz częściej pojawiające się możliwości oferowane przez destylarnie. Mianowicie, w związku z coraz większą automatyzacją procesu produkcji, jak również ze zlecaniem pewnych czynności – jak na przykład słodowanie jęczmienia – wyspecjalizowanym firmom zewnętrznym, na terenie tej i owej destylarni pojawia się coraz więcej niezagospodarowanej przestrzeni. Są to najczęściej domy zamieszkałe niegdyś przez pracowników destylarni, rzadziej nieużytkowane już dziś pomieszczenia produkcyjne. Adaptowane są one coraz częściej na kwatery typu self-catering, których przewagą nad każdym innym noclegiem jest bezpośrednia bliskość destylarni. Dodawać nie trzeba, że standard takich domów i mieszkań jest bardzo wysoki, co ma korespondować z zasobnością portfeli przeciętnego wielbiciela whisky. Mimo iż ceny takich kwater potrafią być astronomiczne – w porównaniu do innych opcji – to wydaje się, że nie narzekają na brak chętnych, trzeba więc rezerwować taką możliwość na co najmniej rok wcześniej. Bonusem często jest butelka whisky czekająca na gości w salonie, a także specjalne traktowanie podczas zwiedzania destylarni, wliczonego w cenę zakwaterowania. Mimo, jak się powiedziało, dość zaporowych cen, warto wziąć i tę opcję pod uwagę, szczególnie jeśli podróżujemy po Szkocji po sezonie. Bowmore Cottages, na przykład, potrafią zaoferować zimową zniżkę w wysokości nawet 60%.
Jeść!
Rozkosze podniebienia nie ograniczają się w Szkocji tylko i wyłącznie do whisky. Poza tym, rozkosz, czy nie, coś jeść trzeba, więc warto wiedzieć na co się nastawić.
Jeśli nocować będziemy w B&B, z definicji w cenę wliczone mamy śniadanie, a gospodarze zaoferują nam kilka opcji, w tym to, co nazywa się full Scottish breakfast, a bez czego nie wolno zaczynać dnia, szczególnie jeśli na dworze panuje typowo szkocka pogoda. Śniadanie takie składa się z sadzonych jajek, fasolki w pomidorach, smażonych kiełbasek, tostów, porcji haggis i black pudding. Te dwa ostatnie to typowo szkockie smakołyki, oparte na podrobach, głównie owczych, wymagające naprawdę zdrowego żołądka, jak twierdzą niektórzy.
Szkockie śniadanie jest naprawdę obfite i często trudno wcisnąć w siebie wszystko to, co wylądowało na talerzu przed nami, szczególnie jeśli ktoś przyzwyczajony jest do lekkich śniadanek, lecz w tym szaleństwie jest metoda i warto nawet zmusić się by ów talerz wyczyścić przed wyruszeniem na zwiedzanie, czy wędrówkę. Po pierwsze, takie obfite, kaloryczne śniadanie utrzyma nas w formie i nie pozwoli zmarznąć przez większość dnia, a po drugie, jeśli jesteśmy zdani na jedzenie w pubach, to może się zdarzyć, że jakiekolwiek gorące dania dostępne będą dopiero od godziny 16:00, a może nawet później. Trzeba jakoś dotrwać do tej pory.

W lokalach oferujących gorące posiłki – czy to restauracjach z prawdziwego zdarzenia, czy to pubach – kuchnia zaczyna pracę dopiero po południu. W przypadku restauracji, będą one zamknięte przez większość dnia, a w przypadku pubów, możemy liczyć co najwyżej na napoje i suche przekąski. Jeśli planujemy gdzieś biesiadę, warto sprawdzić wcześniej czy przypadkiem nie odejdziemy z kwitkiem. Lokale serwujące posiłki poza standardowymi dla Szkotów godzinami najczęściej informują o tym, że „food served all day”.
Co poza charakterystycznym śniadaniem, haggis (dostępnym również jako samodzielne danie) i black pudding? Szkoci uwielbiają wszelkiego rodzaju zupy. Ma to, naturalnie, swoje uzasadnienie w klimacie. Kiedy na dworze zimno i plucha, nic nie rozgrzewa tak dobrze, jak talerz gorącej zupy, to jasne dla każdej szkockiej gospodyni domowej. Do tego stopnia, że kiedy wszedłem raz w taki właśnie mokry, zimowy poranek do pewnego swojsko wyglądającego przybytku w Lochgilphead, stojąca za barem niewiasta wręcz przepraszała mnie – niepytana – za to, że akurat zupa im się skończyła, a przecież tak dobrze by mi zrobiła. Owszem, zrobiłaby dobrze, ale trudno. Obszedłem się kubkiem gorącej kawy i babeczką domowej roboty.
W Szkocji trudno jest znaleźć miejsce, które byłoby daleko od morza, w związku z czym wszędzie jest szansa na wyśmienite owoce morza, choć najłatwiej będzie o nie gdzieś na wybrzeżu. Zatoka Loch Fyne słynie z małż i skorupiaków, nietrudno o nie również na wyspach, gdzie nierzadko trafiają one do garnków i na patelnie miejscowych kucharzy prosto z kutrów rybackich. O kolacjach składających się z przegrzebków, homarów i krabów, oferowanych przez pewnego zaprzyjaźnionego właściciela bed & breakfast w Port Ellen na Islay krążą już legendy. A sława ta jest w pełni uzasadniona. Polecam również zupę rybną na bazie wędzonego dorsza, zwaną cullen skink, oferowaną m.in. w restauracji w Kilchoman.
Jest jednak kilka „ale”…
Podróżowanie po Szkocji, szczególnie w wersji „ciasny portfel”, ma jednak parę wad, z których trzeba sobie zdawać sprawę, żeby uniknąć jakichś koszmarnych rozczarowań na miejscu.
Przyjęło się, że w Szkocji panują dwa rodzaje pogody – albo pada, albo zbiera się na deszcz. Ile jest w tym prawdy, niech każdy przekona się na własnej skórze, ale niech nikt nie narzeka, że go nie ostrzegano. W rzeczywistości, szczególnie w ostatnich latach – co pewno ma związek z globalnym ociepleniem – w czerwcu i lipcu może nam się zdarzyć wręcz cały miesiąc z piękną, słoneczną pogodą, a na niebie przez większość dnia nie dostrzeżemy ani chmurki. Dochodzi do tego, że niektóre destylarnie, uzależnione od wody w potokach – czy to jako surowiec, czy jako czynnik chłodzący – ogłaszają wielodniowe przestoje ze względu na suszę. Lepiej jednak nastawić się na zimno i pluchę i rozczarować się pozytywnie, niż zapakować na wyjazd do Szkocji tylko krótkie spodenki i T-shirty. Nieodzowne będą dobre, w miarę możliwości odporne na wodę buty, kurtki z jak najwyższą membraną przeciwdeszczową, i parę dobrych polarów.

Jeśli planujemy wędrówkę po górach, a może nawet zdobycie Ben Nevis, najwyższej góry Wielkiej Brytanii, trzeba być przygotowanym nawet na konieczność brnięcia w śniegu. Osobiście, zdobywałem szczyt Ben Nevis trzykrotnie, zawsze w środku lata, jednak za każdym razem na pewnym etapie trzeba było przedrzeć się przez zalegający na górze śnieg. Nie wolno dać się zwieść pozorom – Ben Nevis to tylko 1344 metry nad poziomem morza, ale to jedne z bardziej wymagających 1344 metrów, jakie w życiu przebyłem. Wskazówka: na podbój królowej szkockich gór ruszamy z poziomu morza, a szczyt najczęściej ginie w gęstych chmurach. Na górze nawet w środku lata potrafi padać śnieg.
Niezależnie od powyższych ostrzeżeń pogodowo-klimatycznych, opływające zachodnie wybrzeża Szkocji wody Morza Irlandzkiego i Oceanu Atlantyckiego nie są jakoś bardziej zimne niż wody rodzimego Bałtyku. Ciepło to przytargane jest tutaj przez Golfsztrom, którego praktycznym efektem są m.in. palmy rosnące przed destylarnią na wyspie Jura, czy tuż obok Glenmorangie. Nie są to, co prawda, daktylowce znane wielbicielom tropików, jednak fakt ich występowania w szkockiej przyrodzie jest niezaprzeczalny. Dzięki stosunkowo wysokiej temperaturze wody u wybrzeży Szkocji, nie całkiem niedorzeczne są pomysły kąpieli morskich u przepięknych, piaszczystych plaż, o które nietrudno wzdłuż całego północno-zachodniego wybrzeża i na wyspach.
Jeśli nie dokuczy nam zbytnio szkocka pogoda, we znaki dać się nam mogą przedstawiciele lokalnej fauny. I nie mam tu na myśli jeleni, fok, czy maskonurów. Chodzi o drobne owady do złudzenia przypominające muszki owocówki, występujące na szkockich wrzosowiskach, szczególnie w najpiękniejszej, północno-zachodniej części Szkocji, zwane midges (dla naukowców Culicoides impunctatus), a które potrafią tak uprzykrzyć życie amatorom backpackingu, że jest to wręcz trudne do opisania. Kiedy podczas mojej pierwszej wyprawy do Szkocji zapytałem jedną ze szkockich znajomych dlaczego wcześniej, gdy drogą mailową zasypywała mnie dobrymi radami dotyczącymi wyprawy, nie ostrzegła mnie przed tymi owadami, powiedziała, że nie chciała mnie zniechęcać. Jej zdaniem, jeśli jest coś, co może człowieka odstraszyć od przyjazdu do Szkocji, to są to właśnie miejscowe midże. Osobom, które na własnej skórze nie doświadczyły ich towarzystwa, może być trudno zrozumieć o co cały ten krzyk. W kraju w sezonie wakacyjnym mamy przecież swojskie komary i jakoś nikt z tego nie robi tragedii. Jeśli jednak spróbujemy posiedzieć sobie i ponapawać się jakimś romantycznym widokiem w szkockich Highlands w miejscu osłoniętym od wiatru w letni wieczór, istnieje duże prawdopodobieństwo, że na własnej skórze poczujemy całe zastępy tych dokuczliwych owadów – wlezą nam do uszu, do nosa, między włosy, do oczu, pod mankiety koszuli, nogawki spodni, pod kołnierz. Będą pływać w przygotowywanej właśnie herbacie, znajdziemy je w kanapkach, torebce z cukrem. Słowem – będą wszędzie. I będą gryzły. Żaden środek odstraszający znany ludzkości nie jest wystarczająco skuteczny, by nas przed nimi ochronić. W najlepszym wypadku skończy się to swędzeniem skóry upstrzonej czerwonymi kropeczkami – śladami po ukąszeniach. W skrajnych przypadkach (uczulenie) trzeba zrezygnować z wieczornych spacerów na świeżym powietrzu.

Pogoda, jako się rzekło, bywa w Szkocji mało łaskawa dla pieszych wędrowców targających na plecach cały swój dobytek po szkockich górach. Drobne niedogodności związane z deszczową pogodą to jednak jedno, a poważne utrudnienia komunikacyjne, to drugie. Jeśli wybieramy się gdzieś na którąś ze szkockich wysp, musimy pamiętać, że niesprzyjająca pogoda może spowodować zakłócenia w kursowaniu promów. Musimy być przygotowani na to, że utkniemy na Islay, Mull, czy Arran na dłużej niż zamierzaliśmy, dlatego jeśli planujemy zdążyć na powrotny samolot do domu, musimy dać sobie jeden dzień marginesu bezpieczeństwa. Dotyczy to w szczególności podróży w miesiącach zimowych, kiedy to Atlantyk potrafi rozszaleć się tak bardzo, że wichura zrywa pagody z destylarni. Sam kiedyś spędziłem kilka godzin na przystani promowej w Fishnish na wyspie Mull, czekając aż wreszcie morze uspokoi się na tyle, by prom mógł przybić i zabrać mnie na stały ląd. Włosy stawały dęba na głowie gdy wreszcie wjeżdżałem na pokład, podczas gdy – mimo wysiłków obsługi – prom znoszony przez wiatr przesuwał się wzdłuż nabrzeża.
Szkot to nie Anglik
Wydaje się, że najtrudniejszym do przyswojenia elementem wiedzy o Szkocji i Szkotach jest fakt, iż Szkocja jest jednym z krajów wchodzących w skład Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Podobnie jak Anglia, i – przynajmniej teoretycznie – na równorzędnych zasadach. Innymi słowy, Szkocja to nie Anglia, a Szkot to nie Anglik. O ile jednak taki błąd, często popełniany przez naszych rodaków, można wybaczyć w rozmowie między Polakami, i co najwyżej zrzucić na karb ignorancji, o tyle używanie słów „Anglia” i „Anglik” w rozmowie ze Szkotami, w odniesieniu do nich i ich ojczyzny, może być zrozumiane jako obelga. A już na pewno nie zjedna nam ich sympatii. Żeby długo nie rozwodzić się nad problemem, przytoczę tylko jeden przykład. Kiedy podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w 2010 doszło do meczu między Anglią i Niemcami, żaden Szkot zapytany o to komu będzie kibicował, nie miał cienia wątpliwości – wygrać muszą Niemcy. Podczas meczu, który oglądałem w pubie w Wick, wraz z pewno setką szkockich kibiców, ściany aż wręcz trzęsły się od ryku wydobywającego się ze szkockich gardeł po każdej skutecznej akcji drużyny niemieckiej. Piątka angielskich motocyklistów, podróżujących po Szkocji i oglądających ten mecz w takiej atmosferze, tuż pod największym telewizorem w pubie, zdawała się wręcz kurczyć i niknąć. Wreszcie, zanim całkiem wybrzmiał końcowy gwizdek, Anglicy wyszli z pubu, nie oglądając się, i tyle ich widzieliśmy.

Fakt odrębności Szkotów zaczyna nabierać praktycznego znaczenia dla polskiego turysty, kiedy próbujemy się z nimi porozumieć, posługując się językiem angielskim, którego nauczyliśmy się w szkole bądź na kursach językowych. Co prawda, jest to temat na osobną rozprawę lingwistyczną, jednak pamiętać trzeba jedno – Szkoci mówią z akcentem. Bardzo silnym akcentem. Tak silnym miejscami, że porozumienie wydawać się może wręcz niemożliwe. Co więcej, nie ma czegoś takiego, jak jeden szkocki akcent, którym posługują się na północ od wału Hadriana. Inaczej mówią Szkoci w Glasgow, inaczej w Inverness, a jeszcze inaczej na Skye. Nie wiem czy wielkim pocieszeniem będzie fakt, że problemy ze zrozumieniem Szkotów często mają również Anglicy, a gdy w amerykańskich kinach puszczano film Trainspotting (akcja dzieje się w półświatku edynburskich ćpunów), konieczne okazało się opatrzenie go napisami.
Szkocki akcent to nie tylko zupełnie inna melodia języka, specyficzny sposób wymawiania niektórych głosek (np. szkockie „r” jest bez porównania bardziej twarde i wyraziste niż jego angielski odpowiednik) – to również specyficzne słownictwo. Szkoci mówią „wee” zamiast „little”, „lass” zamiast „girl”, „gadge” zamiast „bloke”, „bairn” zamiast „child”, czy „ken” zamiast „know”. Każdego zainteresowanego, kto sądzi, że zna angielski, odsyłam do lektury w oryginale książek szkockiego pisarza, Irvine’a Welsha, na przykład Skagboys. I niech sam dla siebie odkoduje co znaczy „Ah widnae mind a wee shot ay the voddy right now, ken?”
Nie przynoś wstydu
Na koniec, pozwolę sobie na jedną uwagę ocierającą się być może o nadmierny dydaktyzm, wynikającą jednak z moich osobistych doświadczeń, więc proszę mi wybaczyć. Kiedy po raz pierwszy wędrowałem po Szkocji czternaście lat temu, w wielu miejscach byłem pierwszym Polakiem, jakiego spotkali poznani po drodze Szkoci. Mieli dla nas wielki szacunek, gdyż kojarzyli Polskę i Polaków z nadzwyczaj dobrze wychowanymi, rycerskimi pilotami z czasów drugiej wojny światowej, osiadłymi w Szkocji po zakończeniu wojny. Dzisiaj sytuacja ma się zgoła inaczej. I najzwyczajniej wstyd mi, kiedy w Oban, Inverness, czy Wick widzę wyluzowanych kolesi chlejących Lecha, Tyskie bądź Żywca na ulicy, prosto z puszki, dodających sobie animuszu głośnym rechotem i wszechobecną polską łaciną. Kiedy wśród śmieci walających się po ulicach szkockich miast i miasteczek widzę przede wszystkim puszki po swojskich markach piwa, a moi szkoccy przyjaciele opowiadają mi historie o moich rodakach, historie stawiające włosy dęba na głowie. W Szkocji już nie zostawia się otwartego domu, samochodu, niezabezpieczonego roweru na ulicy. A jeszcze w roku 2000 była to norma. Po co komu klucze? Przecież to niewygodne i kłopotliwe…

Mam więc apel do wszystkich czytających te słowa – nawet jeśli mam świadomość, że niewiele on zmieni w skali globalnej – nie dokładajcie swoich cegiełek do panującej w Szkocji opinii o Polakach. Jeśli piwo w pubie wydaje się wam za drogie, kupcie sobie w sklepie, ale wypijcie je na ławce w parku, nie na chodniku. Opróżniona puszka jest zdecydowanie lżejsza od pełnej, więc skoro doniosłeś ją, ciężką, na miejsce spożycia, zabierz już lekką i wyrzuć tam, gdzie jej miejsce. Nie drzyj się w miejscach publicznych na całe gardło, wygłaszając swoje opinie na temat łacińskich krzywizn. A już na pewno, jeśli masz się za konesera whisky, nie stój na nabrzeżu w Kennacraig i – na Boga! – czekając na prom na Islay nie ciągnij z gwinta jakiejś obleśnej Ballantine’s. Jest duża szansa, że wśród współtowarzyszy podróży promowej, stojących grzecznie za i przed tobą w kolejce, znajdzie się osoba, która będzie cię jutro oprowadzać po Caol Ila, obsługiwać cię w pubie w Port Ellen, czy sprzedawać steki wołowe na obiad w Bowmore.
Sorry, musiałem.
[R.M.]
Wszystkie fotografie wykonane przez autora cyklu artykułów.

Do Szkocji (cz. 4)
Nie samą whisky…
Puby
Niejednokrotnie spotkałem się z wyrażanym głośno zdziwieniem, że co to za Szkocja, skoro w przeciętnym pubie w takim, powiedzmy, Edynburgu, Fort William, czy Inveraray nie ma porządnej whisky. No i nie ma, rzeczywiście. Można się tam napić standardowych Famous Grouse, Grant’s, czy niesławnej Scottish Leader, po półkach będą się nieśmiało szwendać do połowy opróżnione butelki podstawowych edycji single malt, ale na fajerwerki nie ma co liczyć. Z jakiegoś powodu wielu rodaków odwiedzających Szkocję, szczególnie jeśli są wielbicielami whisky, spodziewa się, że zaraz po przekroczeniu granicy na każdym kroku będą wręcz potykać się o butelki najwybitniejszych edycji szkockiej whisky.
Sprawa przestaje jednak być tak zaskakująca jeśli wziąć pod uwagę fakt iż puby to ze swej natury miejsca publiczne (nie lokale w polskim znaczeniu tego słowa!), prowadzone z myślą o tym, by mieszkańcy wsi, miasteczka, okolicy, mieli gdzie się spotkać i pogadać. A jak wspomniano wcześniej, miejscowi nie bardzo przepadają za wymyślnymi wersjami szkockiej single malt. Sytuacja wygląda nieco bardziej różowo w miejscowościach turystycznych, takich jak Oban, Fort William, czy Inverness. Pamiętajmy jednak – pub jest pubem, a nie miejscem dla jakiejkolwiek maści smakoszy.
Jeśli zależy nam na znalezieniu miejsca do poważnej degustacji whisky, radziłbym poszukać wśród hotelowych barów. Te z definicji przeznaczone są dla turystów, a na dodatek dla takich turystów, których stać na słodowe szaleństwa. No i atmosfera będzie w nich sprzyjała kontemplacji niuansów aromatyczno-smakowych bardziej niż w hałaśliwym, zatłoczonym i nie zawsze lśniącym czystością pubie. Do Ardview Inn w Port Ellen (na zdjęciu poniżej), będącego chlubnym wyjątkiem od reguły, a jednocześnie będącego największą speluną miejscowych, po raz pierwszy wszedłem w lutym 2007, krótko po wprowadzeniu zakazu palenia w miejscach publicznych. Wcześniej nie dało się tam oddychać, tak gęsty był dym z fajek. Jednak nawet po oddymieniu, nie jest to najprzyjemniejsze miejsce na wyspie. Miejscami człowiek nie wie czy uda mu się odkleić od krzesła, na którym nieopatrznie usiadł. Może dlatego miejscowi w większości raczej stoją przy barze.

Jeśli natomiast chodzi o hotele, to po całej Szkocji porozrzucane są przybytki tak kuszące, że aż prosi się by wejść i wychylić drama w ciszy, przy kominku, w nabożnej wręcz atmosferze. Naturalną koleją rzeczy, najwięcej takich miejsc znajdziemy w okolicach słynących z produkcji whisky, stąd nie dziwi lokalizacja jednego ze słynniejszych barów w Craigellachie Hotel w Speyside, innego w Ardshiel Hotel w Campbeltown, czy wreszcie Duffies Bar w Lochside Hotel w Bowmore na Islay. Żeby wymienić tylko kilka.
Zapomnij o whisky
Jednym z większych grzechów, jakie można popełnić podczas wyjazdu do Szkocji, jest ograniczenie zainteresowania do whisky i produkujących ją destylarni. Szkocja, szczególnie ta prawdziwa, dzika Szkocja, mniej więcej na północ i północny zachód od linii Glasgow-Edynburg, ma do zaoferowania taki ogrom atrakcji i potencjalnie niezapomnianych wrażeń, że nie sposób je przegapić, a zauważywszy – nie docenić i nie zakochać się. Szkocja to – poza destylarniami – ogromne, niemal dzikie przestrzenie pokryte wrzosami, łagodne, stare góry i przecinające je doliny, po dnie których płyną potoki i rzeki pełne łososi i pstrągów. Szkocja to zamki, zamczyska i ruiny rozsiane po całym kraju, czasem w najmniej spodziewanych miejscach. Jedne pięknie zachowane, których zwiedzanie stanowi nie lada atrakcję, inne – zrujnowane, wydawałoby się, że opuszczone i zapomniane. Szkocja to także rynnowe jeziora wypełniające niecki wśród gór, jeziora zwane tutaj „lochs”, z krystalicznie czystą, lodowato zimną wodą. Każdy, kto kiedykolwiek próbował się w nich kąpać, wie, że to nie przelewki. Szkocja to także wolno błądzące wśród tych wrzosowisk stada jeleni, wygrzewające się na przybrzeżnych skałach stada fok, czy niezliczone ilości ptactwa morskiego – fulmarów, wydrzyków, alk, kormoranów, głuptaków, ostrygojadów, czy wreszcie maskonurów, moich ulubionych ptasząt zamieszkujących tamte okolice.

Właściwie wystarczy wyjechać poza północne rogatki Glasgow, rozejrzeć się wokół siebie, pojechać jeszcze trochę na północ, znowu się rozejrzeć – i już nigdy nie będziemy chcieli jechać na wakacje w żadne egzotyczne, tropikalne kraje. Jeśli interesują nas klimaty morskie, urokliwe piaszczyste plaże ukryte między klifami, dramatyczne skały, czy długie, podobne nieco do fiordów zatoki morskie – polecam zachodnie wybrzeże, od nasady półwyspu Kintyre do najbardziej na północny zachód wysuniętego cypla, Cape Wrath. Jeśli chodzi o zamki, znaleźć je można właściwie wszędzie, choć największe nagromadzenie tego typu zabytków znajdziemy tam, gdzie i najwięcej whisky – w okolicach Speyside. Od malowniczych ruin w stylu Dunnottar, Kilchurn, czy Ardvreck, przez niewielkie rezydencje, takie jak Ballindalloch, Crathie, czy Craigievar, do ogromnych zamczysk, jak Dunrobin, Stirling, czy Culzean. Świadomie nie wspominam o Zamku Edynburskim, czy pałacu Holyroodhouse. Edynburg to zupełnie osobna historia, i choć miasto samo w sobie potrafi zachwycić, ma się ono do reszty Szkocji mniej więcej tak, jak Kraków do Podhala.

Oprócz gór, jezior, zamków i destylarni, warto przyjrzeć się kultywowanym w Szkocji tradycjom. Jedną z nich jest tradycyjny strój, którego elementem jest charakterystyczna kraciasta spódnica noszona przez mężczyzn, zwana kiltem. Jedną z ciekawostek dla cudzoziemców jest fakt iż pod kiltem nie nosi się bielizny, a nagabywani o to Szkoci czasami mają już dosyć pytań o kwestię tak intymną. Byłem kiedyś świadkiem, gdy jeden z nich, zapytany wprost przez dwie młode Polki, po prostu odwrócił się, wypiął, zadarł kilt i pokazał. Już więcej nie pytały.
W okresie letnim w wielu miejscowościach po całej Szkocji organizowane są tradycyjne zawody miejscowych górali, zwane Highland Games. Jeśli mamy możliwość przyjrzeć się takiej imprezie, trzeba to zrobić koniecznie. Najbardziej charakterystyczne, a dla nas egzotyczne konkurencje to osławiony rzut kłodą (caber tossing), czy rzut młotem. W ramach Highland Games odbywa się jednak wiele innych konkurencji, w tym przeciąganie liny, skok w dal, zawody dudziarzy, czy tancerzy. Jest to zwykle okazja do posłuchania tradycyjnych szkockich melodii granych przez orkiestry składające się nierzadko z ponad setki muzyków – dudziarzy i doboszy.

Tak przy okazji, ten charakterystyczny szkocki instrument muzyczny (zresztą, nie tylko szkocki) to dudy, nie żadna kobza.
Góry, backpacking
Kiedy ogląda się szkockie góry z okna samochodu zmierzającego główną drogą z Edynburga do Inverness i dalej na północ, wydają się one łagodne, niezbyt wysokie, łatwe do wędrowania. Gorąco zachęcam każdego, kto lubi chodzić po górach, do zmierzenia się ze szkockimi Cairngorms, górami wokół Glencoe, czy masywem Ben Nevis. Szkockie góry, niemal zupełnie pozbawione drzew, rzeźbione erozją przez tysiące lat, porośnięte mchami i wrzosami dostarczają nieopisanych wręcz wrażeń. Z każdym krokiem, z każdą zmianą położenia, zmienia się również krajobraz. Potrafi zakręcić w głowie. Pamiętać jednak trzeba, że szkockie góry tylko wyglądają niewinnie. Skaliste, od pewnego poziomu niemal zupełnie pozbawione roślinności, są najczęściej mokre – albo pada na nie deszcz, albo właśnie spadł na nie deszcz, albo resztki deszczu i topniejącego śniegu z górnych partii spływają w sposób niekontrolowany, sprawiając, że o poślizgnięcie się i wypadek naprawdę nietrudno. Na dodatek, wbrew pozorom, potrafią być bardzo strome. Tylko widziane z daleka wyglądają na łagodne, niewinne baranki. Rzeczywiście, kiedy już dostaniemy się w ich najwyższe partie, nie znajdziemy tam strzelistych szczytów, a raczej rozległe płaskowyże. Jednak zanim tam dotrzemy, będziemy musieli zmierzyć się ze stokami w dolnych partiach; są naprawdę strome i wymagają nieustannej uwagi. Szczególnie, że przecież najczęściej są mokre.

Osoby przywykłe do wędrówek górskich w Karkonoszach, Bieszczadach, czy Tatrach zadziwi niemal zupełny brak infrastruktury. Ze świecą w ręku szukać tam oznakowanych szlaków (poza kilkoma chlubnymi wyjątkami), nie znajdziemy tam również górskich schronisk oferujących noclegi, picie i jedzenie, a przede wszystkim, umożliwiających nieprzerwane wędrowanie od schroniska do schroniska, z minimalnym bagażem w plecaku. Jeśli decydujemy się na wędrówkę po szkockich górach, trzeba zabrać ze sobą odpowiednio duży zapas jedzenia, namiot, śpiwór, karimatę, kuchenkę gazową i całą resztę tego, co będzie nam potrzebne w ciągu całej wyprawy. Nie ma mowy o spaniu „pod chmurką”. Albo zleje nas deszcz, albo zjedzą nas midges (o których więcej parę akapitów dalej). Podczas czterodniowego backpackingu z Braemar do Tomintoul, przez najwyższe partie Cairngorms, ani razu nie spotkałem człowieka, już w okolicach Inveray (dzień 1) skończył się zasięg telefonii komórkowej, a na pierwsze oznaki cywilizacji trafiłem cztery dni później, docierając do miasteczka Tomintoul.
Wspomnieć należy o dostępnej w wielu miejscach w szkockich górach opcji noclegowej, mianowicie o chatach górskich, zwanych tutaj bothies. Są to często nie więcej niż trochę bardziej masywne, murowane szałasy, oferujące przede wszystkim dach nad głową, ale poza tym niewiele ponad gołą podłogę i jakąś półkę lub stolik, na którym można przyrządzić sobie posiłek. Bywają jednak nieocenione, szczególnie jeśli akurat złapie nas deszcz, a nie dotarliśmy jeszcze do punktu docelowego, gdzie zamierzamy rozbić namiot. Może się zdarzyć, że znajdziemy w nich jakieś przydatne artykuły, pozostawione przez poprzednich lokatorów – kilka świec, zapałki, czasem konserwę, czy latarkę. Dobrym zwyczajem jest zostawić coś, co nam już nie będzie potrzebne w dalszej wędrówce (albo zbytnio ciąży w plecaku), z myślą o tych, którzy z danej chaty korzystać będą po nas.
W wielu przypadkach, podczas korzystania z bothies, artykułem pierwszej potrzeby wydaje się klamerka na nos, a decyzja o pozostaniu w nich na noc jest aktem najwyższej desperacji. Są jednak chlubne wyjątki od tej reguły. Na myśl przychodzi mi przede wszystkim chata zwana Faindouran Lodge, znajdująca się w dolinie rzeki Avon, będąca pozostałością zamieszkałego niegdyś domostwa, w większości zrujnowanego, gdzie jednak odremontowano główną część domu mieszkalnego i pozostawiono ją otwartą do użytku strudzonych wędrowców. Warunki w środku w dalszym ciągu nie zasługują na pięć gwiazdek, ale mamy tu stolik, krzesła, drewniane posłanie, a nawet działający kominek. Wystarczy tylko pochodzić po okolicy, nałamać gałęzi suchych wrzosów, kalecząc sobie dotkliwie ręce, by można było spędzić romantyczny wieczór przy kominku, wysuszyć ubrania i zebrać siły do dalszej wędrówki następnego dnia.
Lokalizacja większości bothies zaznaczona jest na mapach z serii Outdoor Leisure, w skali 1:25.000, wydawanych przez Ordnance Survey, bez których nie wyobrażam sobie wędrówek po górach w Szkocji, a które dostępne są we wszystkich biurach informacji turystycznej i wielu sklepach pamiątkarskich na terenie szkockich Highlands.
Noclegi
Jeśli nawet zdecydujemy się na podróżowanie i wędrówki po Szkocji z namiotem, trzeba nastawić się (również finansowo) na spędzenie kilku noclegów pod bardziej solidnym dachem. Mimo iż szkockie pola namiotowe posiadają infrastrukturę, która niejednego hardcorowego „wyrypiarza” przyprawić może o zawrót głowy – równiutko przystrzyżona trawa, pojedyncze stanowiska namiotowe ze stolikiem i krzesełkami, duże odległości pomiędzy namiotami, prysznice, umywalki i toalety czyste i nierzadko pachnące, pralnie, suszarnie, itp. – to jednak aż się prosi od czasu do czasu pozwolić namiotowi wyschnąć, a samemu przespać się w ciepłym, suchym pokoju, w wygodnym łóżku, pod pachnącą pościelą.

W najdalszych nawet zakątkach Szkocji znajdziemy pensjonaty typu bed and breakfast, gdzie za stosunkowo niewielkie pieniądze przenocujemy w warunkach bardziej niż przyzwoitych, a na dodatek, rano dostaniemy smaczne i sycące śniadanie. Pensjonaty B&B będą się od siebie różniły standardem, czasem wręcz dramatycznie, jednak rzadko kiedy schodzą poniżej pewnego, bardzo przyzwoitego poziomu. (No, może poza pewnym przybytkiem, w którym dane mi było kiedyś zanocować w Stirling, ale postanowiłem spuścić nań zasłonę milczenia. I nigdy więcej tam nie jechać.) Podczas dokonywania rezerwacji warto pamiętać, że zwykle oferują one pokoje dwuosobowe, przy czym ang. twin room to pokój z dwoma pojedynczymi łóżkami, a w double room znajdziemy jedno duże łoże małżeńskie. Potrafi to mieć kolosalne znaczenie.
Wydaje się, że najtańszą formą zamieszkania w Szkocji, szczególnie jeśli podróżujemy kilkuosobową grupą, stanowi możliwość wynajęcia całego domu w formie tzw. self-catering. Mamy wówczas do dyspozycji kilka sypialni, salon, kuchnię, co najmniej jedną łazienkę oraz całe wyposażenie niezbędne do komfortowego spędzenia czasu podczas pobytu w Szkocji. Do standardu należy pralka, lodówka, mikrofalówka, zmywarka do naczyń, telewizor, odtwarzacz DVD, internet WiFi, nie wspominając o wszelkiego rodzaju naczyniach i sztućcach. W takim wypadku musimy jednak samodzielnie zadbać o zaopatrzenie się w środki czystości, wszelkiego rodzaju chemię gospodarczą, papier toaletowy, itp. No i sami musimy sobie przyrządzać posiłki, a po nich sprzątać. Zważywszy na fakt, że tego typu zakwaterowanie bywa o połowę tańsze – w przeliczeniu na głowę – od standardowych B&B, warto wziąć pod uwagę taką opcję.
Wiele osób poszukujących niedrogich opcji zakwaterowania w Szkocji zupełnie nie bierze pod uwagę hoteli, wychodząc z założenia, że będą one droższe niż pensjonaty B&B. Często rzeczywiście tak jest, jednak w niewielkich miejscowościach porozrzucanych po szkockich Highlands znaleźć można i takie, które pogodziły się z faktem, że odwiedzający Szkocję poszukują raczej niedrogich opcji, i dostosowały swoją ofertę do mniej zamożnych portfeli entuzjastów szkockich krajobrazów. Oferowany przez nie standard bywa zupełnie przyzwoity, choć i tu trzeba być przygotowanym na skrajne doznania. Hotele mają jednak tę zaletę, że funkcjonują przy nich restauracje lub puby oferujące nie tylko śniadania, ale również gorące posiłki popołudniowo-wieczorne. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie nie tak dawno hotel White Hart w Campbeltown. Standard zakwaterowania co najmniej przyzwoity, wyśmienite jedzenie, centralna lokalizacja, a jako bonus – możliwość gry w bingo w znajdującym się na dole pubie.

Ostatnią godną uwagi opcją są coraz częściej pojawiające się możliwości oferowane przez destylarnie. Mianowicie, w związku z coraz większą automatyzacją procesu produkcji, jak również ze zlecaniem pewnych czynności – jak na przykład słodowanie jęczmienia – wyspecjalizowanym firmom zewnętrznym, na terenie tej i owej destylarni pojawia się coraz więcej niezagospodarowanej przestrzeni. Są to najczęściej domy zamieszkałe niegdyś przez pracowników destylarni, rzadziej nieużytkowane już dziś pomieszczenia produkcyjne. Adaptowane są one coraz częściej na kwatery typu self-catering, których przewagą nad każdym innym noclegiem jest bezpośrednia bliskość destylarni. Dodawać nie trzeba, że standard takich domów i mieszkań jest bardzo wysoki, co ma korespondować z zasobnością portfeli przeciętnego wielbiciela whisky. Mimo iż ceny takich kwater potrafią być astronomiczne – w porównaniu do innych opcji – to wydaje się, że nie narzekają na brak chętnych, trzeba więc rezerwować taką możliwość na co najmniej rok wcześniej. Bonusem często jest butelka whisky czekająca na gości w salonie, a także specjalne traktowanie podczas zwiedzania destylarni, wliczonego w cenę zakwaterowania. Mimo, jak się powiedziało, dość zaporowych cen, warto wziąć i tę opcję pod uwagę, szczególnie jeśli podróżujemy po Szkocji po sezonie. Bowmore Cottages, na przykład, potrafią zaoferować zimową zniżkę w wysokości nawet 60%.
Jeść!
Rozkosze podniebienia nie ograniczają się w Szkocji tylko i wyłącznie do whisky. Poza tym, rozkosz, czy nie, coś jeść trzeba, więc warto wiedzieć na co się nastawić.
Jeśli nocować będziemy w B&B, z definicji w cenę wliczone mamy śniadanie, a gospodarze zaoferują nam kilka opcji, w tym to, co nazywa się full Scottish breakfast, a bez czego nie wolno zaczynać dnia, szczególnie jeśli na dworze panuje typowo szkocka pogoda. Śniadanie takie składa się z sadzonych jajek, fasolki w pomidorach, smażonych kiełbasek, tostów, porcji haggis i black pudding. Te dwa ostatnie to typowo szkockie smakołyki, oparte na podrobach, głównie owczych, wymagające naprawdę zdrowego żołądka, jak twierdzą niektórzy.
Szkockie śniadanie jest naprawdę obfite i często trudno wcisnąć w siebie wszystko to, co wylądowało na talerzu przed nami, szczególnie jeśli ktoś przyzwyczajony jest do lekkich śniadanek, lecz w tym szaleństwie jest metoda i warto nawet zmusić się by ów talerz wyczyścić przed wyruszeniem na zwiedzanie, czy wędrówkę. Po pierwsze, takie obfite, kaloryczne śniadanie utrzyma nas w formie i nie pozwoli zmarznąć przez większość dnia, a po drugie, jeśli jesteśmy zdani na jedzenie w pubach, to może się zdarzyć, że jakiekolwiek gorące dania dostępne będą dopiero od godziny 16:00, a może nawet później. Trzeba jakoś dotrwać do tej pory.

W lokalach oferujących gorące posiłki – czy to restauracjach z prawdziwego zdarzenia, czy to pubach – kuchnia zaczyna pracę dopiero po południu. W przypadku restauracji, będą one zamknięte przez większość dnia, a w przypadku pubów, możemy liczyć co najwyżej na napoje i suche przekąski. Jeśli planujemy gdzieś biesiadę, warto sprawdzić wcześniej czy przypadkiem nie odejdziemy z kwitkiem. Lokale serwujące posiłki poza standardowymi dla Szkotów godzinami najczęściej informują o tym, że „food served all day”.
Co poza charakterystycznym śniadaniem, haggis (dostępnym również jako samodzielne danie) i black pudding? Szkoci uwielbiają wszelkiego rodzaju zupy. Ma to, naturalnie, swoje uzasadnienie w klimacie. Kiedy na dworze zimno i plucha, nic nie rozgrzewa tak dobrze, jak talerz gorącej zupy, to jasne dla każdej szkockiej gospodyni domowej. Do tego stopnia, że kiedy wszedłem raz w taki właśnie mokry, zimowy poranek do pewnego swojsko wyglądającego przybytku w Lochgilphead, stojąca za barem niewiasta wręcz przepraszała mnie – niepytana – za to, że akurat zupa im się skończyła, a przecież tak dobrze by mi zrobiła. Owszem, zrobiłaby dobrze, ale trudno. Obszedłem się kubkiem gorącej kawy i babeczką domowej roboty.
W Szkocji trudno jest znaleźć miejsce, które byłoby daleko od morza, w związku z czym wszędzie jest szansa na wyśmienite owoce morza, choć najłatwiej będzie o nie gdzieś na wybrzeżu. Zatoka Loch Fyne słynie z małż i skorupiaków, nietrudno o nie również na wyspach, gdzie nierzadko trafiają one do garnków i na patelnie miejscowych kucharzy prosto z kutrów rybackich. O kolacjach składających się z przegrzebków, homarów i krabów, oferowanych przez pewnego zaprzyjaźnionego właściciela bed & breakfast w Port Ellen na Islay krążą już legendy. A sława ta jest w pełni uzasadniona. Polecam również zupę rybną na bazie wędzonego dorsza, zwaną cullen skink, oferowaną m.in. w restauracji w Kilchoman.
Jest jednak kilka „ale”…
Podróżowanie po Szkocji, szczególnie w wersji „ciasny portfel”, ma jednak parę wad, z których trzeba sobie zdawać sprawę, żeby uniknąć jakichś koszmarnych rozczarowań na miejscu.
Przyjęło się, że w Szkocji panują dwa rodzaje pogody – albo pada, albo zbiera się na deszcz. Ile jest w tym prawdy, niech każdy przekona się na własnej skórze, ale niech nikt nie narzeka, że go nie ostrzegano. W rzeczywistości, szczególnie w ostatnich latach – co pewno ma związek z globalnym ociepleniem – w czerwcu i lipcu może nam się zdarzyć wręcz cały miesiąc z piękną, słoneczną pogodą, a na niebie przez większość dnia nie dostrzeżemy ani chmurki. Dochodzi do tego, że niektóre destylarnie, uzależnione od wody w potokach – czy to jako surowiec, czy jako czynnik chłodzący – ogłaszają wielodniowe przestoje ze względu na suszę. Lepiej jednak nastawić się na zimno i pluchę i rozczarować się pozytywnie, niż zapakować na wyjazd do Szkocji tylko krótkie spodenki i T-shirty. Nieodzowne będą dobre, w miarę możliwości odporne na wodę buty, kurtki z jak najwyższą membraną przeciwdeszczową, i parę dobrych polarów.

Jeśli planujemy wędrówkę po górach, a może nawet zdobycie Ben Nevis, najwyższej góry Wielkiej Brytanii, trzeba być przygotowanym nawet na konieczność brnięcia w śniegu. Osobiście, zdobywałem szczyt Ben Nevis trzykrotnie, zawsze w środku lata, jednak za każdym razem na pewnym etapie trzeba było przedrzeć się przez zalegający na górze śnieg. Nie wolno dać się zwieść pozorom – Ben Nevis to tylko 1344 metry nad poziomem morza, ale to jedne z bardziej wymagających 1344 metrów, jakie w życiu przebyłem. Wskazówka: na podbój królowej szkockich gór ruszamy z poziomu morza, a szczyt najczęściej ginie w gęstych chmurach. Na górze nawet w środku lata potrafi padać śnieg.
Niezależnie od powyższych ostrzeżeń pogodowo-klimatycznych, opływające zachodnie wybrzeża Szkocji wody Morza Irlandzkiego i Oceanu Atlantyckiego nie są jakoś bardziej zimne niż wody rodzimego Bałtyku. Ciepło to przytargane jest tutaj przez Golfsztrom, którego praktycznym efektem są m.in. palmy rosnące przed destylarnią na wyspie Jura, czy tuż obok Glenmorangie. Nie są to, co prawda, daktylowce znane wielbicielom tropików, jednak fakt ich występowania w szkockiej przyrodzie jest niezaprzeczalny. Dzięki stosunkowo wysokiej temperaturze wody u wybrzeży Szkocji, nie całkiem niedorzeczne są pomysły kąpieli morskich u przepięknych, piaszczystych plaż, o które nietrudno wzdłuż całego północno-zachodniego wybrzeża i na wyspach.
Jeśli nie dokuczy nam zbytnio szkocka pogoda, we znaki dać się nam mogą przedstawiciele lokalnej fauny. I nie mam tu na myśli jeleni, fok, czy maskonurów. Chodzi o drobne owady do złudzenia przypominające muszki owocówki, występujące na szkockich wrzosowiskach, szczególnie w najpiękniejszej, północno-zachodniej części Szkocji, zwane midges (dla naukowców Culicoides impunctatus), a które potrafią tak uprzykrzyć życie amatorom backpackingu, że jest to wręcz trudne do opisania. Kiedy podczas mojej pierwszej wyprawy do Szkocji zapytałem jedną ze szkockich znajomych dlaczego wcześniej, gdy drogą mailową zasypywała mnie dobrymi radami dotyczącymi wyprawy, nie ostrzegła mnie przed tymi owadami, powiedziała, że nie chciała mnie zniechęcać. Jej zdaniem, jeśli jest coś, co może człowieka odstraszyć od przyjazdu do Szkocji, to są to właśnie miejscowe midże. Osobom, które na własnej skórze nie doświadczyły ich towarzystwa, może być trudno zrozumieć o co cały ten krzyk. W kraju w sezonie wakacyjnym mamy przecież swojskie komary i jakoś nikt z tego nie robi tragedii. Jeśli jednak spróbujemy posiedzieć sobie i ponapawać się jakimś romantycznym widokiem w szkockich Highlands w miejscu osłoniętym od wiatru w letni wieczór, istnieje duże prawdopodobieństwo, że na własnej skórze poczujemy całe zastępy tych dokuczliwych owadów – wlezą nam do uszu, do nosa, między włosy, do oczu, pod mankiety koszuli, nogawki spodni, pod kołnierz. Będą pływać w przygotowywanej właśnie herbacie, znajdziemy je w kanapkach, torebce z cukrem. Słowem – będą wszędzie. I będą gryzły. Żaden środek odstraszający znany ludzkości nie jest wystarczająco skuteczny, by nas przed nimi ochronić. W najlepszym wypadku skończy się to swędzeniem skóry upstrzonej czerwonymi kropeczkami – śladami po ukąszeniach. W skrajnych przypadkach (uczulenie) trzeba zrezygnować z wieczornych spacerów na świeżym powietrzu.

Pogoda, jako się rzekło, bywa w Szkocji mało łaskawa dla pieszych wędrowców targających na plecach cały swój dobytek po szkockich górach. Drobne niedogodności związane z deszczową pogodą to jednak jedno, a poważne utrudnienia komunikacyjne, to drugie. Jeśli wybieramy się gdzieś na którąś ze szkockich wysp, musimy pamiętać, że niesprzyjająca pogoda może spowodować zakłócenia w kursowaniu promów. Musimy być przygotowani na to, że utkniemy na Islay, Mull, czy Arran na dłużej niż zamierzaliśmy, dlatego jeśli planujemy zdążyć na powrotny samolot do domu, musimy dać sobie jeden dzień marginesu bezpieczeństwa. Dotyczy to w szczególności podróży w miesiącach zimowych, kiedy to Atlantyk potrafi rozszaleć się tak bardzo, że wichura zrywa pagody z destylarni. Sam kiedyś spędziłem kilka godzin na przystani promowej w Fishnish na wyspie Mull, czekając aż wreszcie morze uspokoi się na tyle, by prom mógł przybić i zabrać mnie na stały ląd. Włosy stawały dęba na głowie gdy wreszcie wjeżdżałem na pokład, podczas gdy – mimo wysiłków obsługi – prom znoszony przez wiatr przesuwał się wzdłuż nabrzeża.
Szkot to nie Anglik
Wydaje się, że najtrudniejszym do przyswojenia elementem wiedzy o Szkocji i Szkotach jest fakt, iż Szkocja jest jednym z krajów wchodzących w skład Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Podobnie jak Anglia, i – przynajmniej teoretycznie – na równorzędnych zasadach. Innymi słowy, Szkocja to nie Anglia, a Szkot to nie Anglik. O ile jednak taki błąd, często popełniany przez naszych rodaków, można wybaczyć w rozmowie między Polakami, i co najwyżej zrzucić na karb ignorancji, o tyle używanie słów „Anglia” i „Anglik” w rozmowie ze Szkotami, w odniesieniu do nich i ich ojczyzny, może być zrozumiane jako obelga. A już na pewno nie zjedna nam ich sympatii. Żeby długo nie rozwodzić się nad problemem, przytoczę tylko jeden przykład. Kiedy podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w 2010 doszło do meczu między Anglią i Niemcami, żaden Szkot zapytany o to komu będzie kibicował, nie miał cienia wątpliwości – wygrać muszą Niemcy. Podczas meczu, który oglądałem w pubie w Wick, wraz z pewno setką szkockich kibiców, ściany aż wręcz trzęsły się od ryku wydobywającego się ze szkockich gardeł po każdej skutecznej akcji drużyny niemieckiej. Piątka angielskich motocyklistów, podróżujących po Szkocji i oglądających ten mecz w takiej atmosferze, tuż pod największym telewizorem w pubie, zdawała się wręcz kurczyć i niknąć. Wreszcie, zanim całkiem wybrzmiał końcowy gwizdek, Anglicy wyszli z pubu, nie oglądając się, i tyle ich widzieliśmy.

Fakt odrębności Szkotów zaczyna nabierać praktycznego znaczenia dla polskiego turysty, kiedy próbujemy się z nimi porozumieć, posługując się językiem angielskim, którego nauczyliśmy się w szkole bądź na kursach językowych. Co prawda, jest to temat na osobną rozprawę lingwistyczną, jednak pamiętać trzeba jedno – Szkoci mówią z akcentem. Bardzo silnym akcentem. Tak silnym miejscami, że porozumienie wydawać się może wręcz niemożliwe. Co więcej, nie ma czegoś takiego, jak jeden szkocki akcent, którym posługują się na północ od wału Hadriana. Inaczej mówią Szkoci w Glasgow, inaczej w Inverness, a jeszcze inaczej na Skye. Nie wiem czy wielkim pocieszeniem będzie fakt, że problemy ze zrozumieniem Szkotów często mają również Anglicy, a gdy w amerykańskich kinach puszczano film Trainspotting (akcja dzieje się w półświatku edynburskich ćpunów), konieczne okazało się opatrzenie go napisami.
Szkocki akcent to nie tylko zupełnie inna melodia języka, specyficzny sposób wymawiania niektórych głosek (np. szkockie „r” jest bez porównania bardziej twarde i wyraziste niż jego angielski odpowiednik) – to również specyficzne słownictwo. Szkoci mówią „wee” zamiast „little”, „lass” zamiast „girl”, „gadge” zamiast „bloke”, „bairn” zamiast „child”, czy „ken” zamiast „know”. Każdego zainteresowanego, kto sądzi, że zna angielski, odsyłam do lektury w oryginale książek szkockiego pisarza, Irvine’a Welsha, na przykład Skagboys. I niech sam dla siebie odkoduje co znaczy „Ah widnae mind a wee shot ay the voddy right now, ken?”
Nie przynoś wstydu
Na koniec, pozwolę sobie na jedną uwagę ocierającą się być może o nadmierny dydaktyzm, wynikającą jednak z moich osobistych doświadczeń, więc proszę mi wybaczyć. Kiedy po raz pierwszy wędrowałem po Szkocji czternaście lat temu, w wielu miejscach byłem pierwszym Polakiem, jakiego spotkali poznani po drodze Szkoci. Mieli dla nas wielki szacunek, gdyż kojarzyli Polskę i Polaków z nadzwyczaj dobrze wychowanymi, rycerskimi pilotami z czasów drugiej wojny światowej, osiadłymi w Szkocji po zakończeniu wojny. Dzisiaj sytuacja ma się zgoła inaczej. I najzwyczajniej wstyd mi, kiedy w Oban, Inverness, czy Wick widzę wyluzowanych kolesi chlejących Lecha, Tyskie bądź Żywca na ulicy, prosto z puszki, dodających sobie animuszu głośnym rechotem i wszechobecną polską łaciną. Kiedy wśród śmieci walających się po ulicach szkockich miast i miasteczek widzę przede wszystkim puszki po swojskich markach piwa, a moi szkoccy przyjaciele opowiadają mi historie o moich rodakach, historie stawiające włosy dęba na głowie. W Szkocji już nie zostawia się otwartego domu, samochodu, niezabezpieczonego roweru na ulicy. A jeszcze w roku 2000 była to norma. Po co komu klucze? Przecież to niewygodne i kłopotliwe…

Mam więc apel do wszystkich czytających te słowa – nawet jeśli mam świadomość, że niewiele on zmieni w skali globalnej – nie dokładajcie swoich cegiełek do panującej w Szkocji opinii o Polakach. Jeśli piwo w pubie wydaje się wam za drogie, kupcie sobie w sklepie, ale wypijcie je na ławce w parku, nie na chodniku. Opróżniona puszka jest zdecydowanie lżejsza od pełnej, więc skoro doniosłeś ją, ciężką, na miejsce spożycia, zabierz już lekką i wyrzuć tam, gdzie jej miejsce. Nie drzyj się w miejscach publicznych na całe gardło, wygłaszając swoje opinie na temat łacińskich krzywizn. A już na pewno, jeśli masz się za konesera whisky, nie stój na nabrzeżu w Kennacraig i – na Boga! – czekając na prom na Islay nie ciągnij z gwinta jakiejś obleśnej Ballantine’s. Jest duża szansa, że wśród współtowarzyszy podróży promowej, stojących grzecznie za i przed tobą w kolejce, znajdzie się osoba, która będzie cię jutro oprowadzać po Caol Ila, obsługiwać cię w pubie w Port Ellen, czy sprzedawać steki wołowe na obiad w Bowmore.
Sorry, musiałem.
[R.M.]
Wszystkie fotografie wykonane przez autora cyklu artykułów.
R E K L A M A


