UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
19.04.2026 Sunday 06:45 
2014.06.18

Do Szkocji – suplement

Czyli Subiektywny Przegląd Miejsc Magicznych (do wychylenia drama lub dwóch)

Kiedy ktoś zapytał mnie na forum jakie miejsca w Szkocji wskazałbym jako najbardziej magiczne – mając na myśli miejsca, gdzie miło byłoby wychylić drama zacnej whisky – byłem w kropce. Nie dlatego, że tak trudno byłoby znaleźć takie miejsca. Bardziej dlatego, że takich miejsc jest tak wiele, z czego niejedno obiektywnie niczym szczególnym się nie wyróżnia, jednak mi osobiście kojarzy się jakoś dobrze. Albo lepiej niż dobrze. Spróbujmy więc, choć w niektórych przypadkach trzeba zastrzec stanowczo – jest to miejsce dobre na drama, ale co najwyżej jednego, a przed wyruszeniem w drogę powrotną trzeba odczekać aż procenty wywietrzeją. Wspominałem, że szkockie góry potrafią być niebezpieczne? No i co ja poradzę na to, że wiele tych naprawdę magicznych miejsc znajduje się w górach?



Szczyt Ben Macdui i brzegi jeziora Loch Avon w górach Cairngorm
Dzień spacerem od ostatniej osady ludzkiej, osady Inverey, gdzie znajduje się też ostatnie schronisko turystyczne, gdzie za łazienkę robi drewniana przybudówka, nie ma ciepłej wody, a jelenie spacerują sobie pod oknami niskiego, kamiennego budynku.

W odległości mniej więcej dnia niezbyt intensywnego marszu dolinami rzek i potoków górskich, by wreszcie, po kilku godzinach wędrówki dotrzeć na przełęcz Creagan a Choire Etchachan, na której znajduje się niezwykle malownicze jezioro Loch Etchachan. Jedno z tych jezior, których tafla przez chwilę znajdować się będzie na wysokości naszego wzroku, gdy mozolnie wspinać się będziemy na przełęcz. Ten widok, wcale nie tak wyjątkowy w szkockich górach, zawsze robi na mnie wrażenie.

Kiedy już znajdziemy się na przełęczy, mamy do wyboru dwie drogi – albo pójdziemy w lewo, dalej w górę, i wkrótce staniemy na szczycie drugiej co do wysokości góry Wielkiej Brytanii, Ben Macdui, albo ruszymy w prawo, ostrożnie obejdziemy Loch Etchachan (lubi tworzyć mokradła, brzegi ma nieregularne i miejscami trudne do ustalenia – nie wiadomo czy postawimy stopę już na suchej ziemi, czy w przesyconym wodą, głębokim błocie) i po chwili staniemy na skraju doliny, na dnie której błyszczy tafla jeziora Loch Avon – jednego z bardziej malowniczych szkockich jezior.



Szczyt Ben Macdui (1309 m n.p.m.), to w gruncie rzeczy łagodny, skalisty płaskowyż, górujący nad całą okolicą i oferujący zapierające dech w piersiach widoki. W jego najwyższym punkcie ustawiono okrągłą tablicę, na której wygrawerowano kontur 360-stopniowej panoramy, z nazwami poszczególnych szczytów i dolin. W przeciwieństwie do swojego nieco wyższego kolegi, Ben Nevis, gdzie praktycznie wchodzi się gęsiego, w tłumie turystów, szczyt Ben Macdui jest zazwyczaj zupełnie pusty. Jeśli uda się nam trafić na pogodny dzień – jeden z trzech w roku w tej okolicy – głowa sama się obraca dookoła szyi, a wzrok chłonie zniewalająco piękne widoki poszczególnych szczytów, tu i ówdzie przykrytych płachtami śniegu, mimo iż środek lata, dolin, dnem których płyną błyszczące w słońcu rzeki i potoki, a przewyższenia sięgają siedmiuset metrów. Tak, tutaj chce się usiąść, wyciągnąć z plecaka jakąś łagodną, kwiatową Dalwhinnie, i do orgii doznań wzrokowych dorzucić przyjemność na podniebieniu. Tym bardziej, że już na nocleg do Inverey nie damy rady wrócić, a namiot trzeba będzie rozbić albo na przełęczy, albo nad brzegiem Loch Avon. A to już tak niedaleko.

Loch Avon, jedno z najbardziej magicznych miejsc w Szkocji, jakie dane mi było zobaczyć, jakich dane mi było doświadczyć. Loch Avon to długie na kilka kilometrów rynnowe jezioro położone u stóp najwyższych gór, wyrastających niemal wprost z tafli jeziora. Kiedy stoimy na krawędzi doliny i patrzymy na lśniące w dole fale, wydaje się, że mamy przed sobą gigantyczne naczynie, tylko do połowy wypełnione wodą. Schodzimy po bardzo stromym stoku, by znaleźć skrawek płaskiego, pokrytego trawą terenu, na którym można rozbić namiot. Jeśli teraz staniemy plecami do jeziora, po naszej prawej stronie przepływał będzie potok utworzony z od kilku do kilkunastu pojedynczych wodospadów – to topniejące w szczytowych partiach gór połacie śniegu topnieją i spływają do Loch Avon. Od prawa do lewa po wysokich na około dwieście metrów skalistych, niemal pionowych stokach opadają z szumem strużki wody, by połączyć się w ten jeden potok zasilający jezioro parędziesiąt metrów przed samym jego brzegiem. Teraz już nie pozostaje nic innego, jak usiąść na kamieniu nad brzegiem Loch Avon, w miejscu, gdzie potok naniósł drobinki skalne, tworząc piaszczystą plażę, wyciągnąć jakąś dobrą Ardmore i napełnić kieliszek. Stąd nie ruszamy się już do następnego dnia, więc umiarkowanie jakoś specjalnie konieczne nie jest.



Faindouran Lodge
Zdecydowanie najprzyjemniejsza chata górska, z jakiej korzystałem w paśmie Cairngorms. Niegdyś pełnoprawne domostwo, składające się co najmniej dwóch budynków, w tej chwili służy tylko częścią jednego z nich. Reszta to ruiny. I to niespecjalnie jakoś romantyczne. Ale za to jak położone!

Na wysokości Faindouran Lodge góry są już tylko niewysokimi pagórkami rozciągającymi się po obu stronach rzeki Avon, która w tym miejscu płynie wolno, majestatycznie, szerokim, kamienistym korytem. Łagodne stoki po obu brzegach rzeki porośnięte są wrzosami, na które wieczorami potrafi wyjść stado dorodnych jeleni, by się tam w spokoju paść. Tuż obok Faindouran Lodge do Avon wpada inny, zdecydowanie mniejszy, węższy i bardziej wartki potok, niosący przepyszną, miękką, lekko torfową wodę. Idealną do whisky. Na przykład do młodej, pełnej wigoru Laphroaig.

Nocowałem w Faindouran Lodge dwukrotnie. Za każdym razem było to pamiętne przeżycie. Kiedy za pierwszym razem docierałem na miejsce, wycieńczony deszczem, zimnem i koniecznością takiego manewrowania wzdłuż ledwo widocznej ścieżki, by nie wpaść po kolana w ohydne, torfowe błoto, miałem dość Szkocji i uroków górskiej wędrówki. Tym bardziej, że było to pod koniec drugiego dnia po opuszczeniu ostatnich rogatek cywilizacji. Można sobie tylko wyobrażać moją najpierw ulgę, potem radość, wreszcie euforię, kiedy wreszcie wszedłem pod dach, w kącie znalazłem worek suszonego torfu do palenia w kominku (tak, w Faindouran Lodge jest działający kominek!), a późnym wieczorem, wysuszony, wypoczęty i najedzony siedziałem w oknie i przyglądałem się pasącemu się na przeciwnym brzegu Avon stadku okazałych jeleni.

Drugim razem, znowu po dwudniowej wędrówce po górach, byłem w nieco lepszej formie – pogoda była zdecydowanie bardziej sprzyjająca, więc Cairgorms nie dały się nam we znaki aż tak bardzo, jak poprzednio. Kiedy docierałem do Faindouran Lodge świeciło nawet nieśmiało słońce. A w środku, na stoliku pod oknem stała butelka zostawiona przez poprzednich użytkowników chaty. Na leżącej obok kartce napisano, że to wcale nie lemoniada, jak by na to wskazywała etykieta, ale reszta whisky, której im nie chciało się już targać na plecach do domu. Tak więc, slainte! W życiu tak mi nie smakowała Black Bottle!



Fort Dun Deardail
Wzdłuż stoku po jednej ze stron doliny Glen Nevis biegnie ścieżka, na której w sezonie letnim wydaje się być mniej więcej tak tłoczno, jak na zakopiańskich Krupówkach. To szlak wiodący na szczyt najwyższej góry Wielkiej Brytanii, wysokiego na 1344 metry Ben Nevis. Co prawda, większość dociera tylko do przełęczy, z której albo atakuje się szczyt, albo alternatywnym szlakiem wraca do Fort William; nie zmienia to jednak faktu, że Ben Nevis jest jednym z najbardziej zatłoczonych miejsc w Szkocji. Byłem tam trzy razy, za każdym razem licząc na to, że akurat uda się trafić w jeden z tych nielicznych dni w roku, kiedy spowijające szczyt chmury rozejdą się i wreszcie zobaczę te siedemsetmetrowe przewyższenia, urwiska, przepaści. Że wreszcie zobaczę cokolwiek.

Jednego razu tam nie poszedłem. Zamiast tego, za namową jednego ze znajomych, postanowiłem poszukać tajemniczego fortu Dun Deardail, znajdującego się według wszelkich danych po drugiej stronie doliny. Jakoś nie biorą mnie historie o kosmicznym rodowodzie tzw. zeszklonych zamczysk, jednak postanowiłem, że tym razem odpuszczę sobie Ben Nevis. A coś robić trzeba.

Fortu nie znalazłem. A właściwie znalazłem. Wszystko, co z niego zostało, czyli zarys fundamentów na jednym z górskich cypli wychodzącym nieco w głąb Glen Nevis. Ale zeszklonych (podobno przez jakąś tajemniczą siłę) murów fortu już mi nie było trzeba. Pogoda tego dnia była wyśmienita, niebo czyste, słońce wręcz tropikalne. Widok doliny Glen Nevis i górującego nad nią masywu Ben Nevis – nie do opisania. Fort najwidoczniej zbudowano w takim miejscu, by dokładnie kontrolować wszelkie ruchy w dolinie i ewentualnie w miarę szybko na nie reagować. Dzięki lokalizacji w miejscu wbijającym się nieco w dolinę, widać było dokładnie na wiele kilometrów w górę i w dół doliny, a meandrująca dnem doliny rzeka Nevis błyskała raz po raz promieniami słońca odbijanymi w wodzie. Nie miałem przy sobie whisky, jedynie warzone na Orkadach piwo. Ale i ono w sposób godny udźwignęło ciężar odpowiedzialności i wystarczająco uświetniło zwiedzanie fortu. Choć aż prosiłoby się o kieliszek starej Ben Nevis.

Dunnet Head
Przyjęło się uważać, że najbardziej na północ wysuniętym punktem stałego lądu w Wielkiej Brytanii jest miejscowość John o’Groats. W gruncie rzeczy jest to mikroskopijna osada, której największą atrakcją jest nabrzeże, przy którym ustawiono znak drogowy wskazujący odległość do drugiego skrajnego punktu, cypla Land’s End w Kornwalii. I do dowolnego innego miejsca na globie, który sobie – za niewielką opłatą – zażyczymy. Na przykład do naszego miasta rodzinnego.



Jednak John o’Groats wcale nie jest najbardziej na północ wysuniętym miejscem w Wielkiej Brytanii. Parę kilometrów dalej, najpierw kierując się nieco na zachód, potem na północ, dotrzemy do Dunnet Head, rozległego półwyspu pokrytego wrzosowiskami, na którego północnym skraju, nad około stumetrowym klifem stoi latarnia morska. To ona stanowi najbardziej na północ wysunięty punkt, a właściwie cypelek nieco na zachód od latarni. Od latarni wzdłuż krawędzi klifu prowadzi ledwo dostrzegalna ścieżka wśród traw, wrzosów i mchów. Po drodze trzeba pokonać jeden czy dwa płoty, ale to żadna przeszkoda, i już siedzimy na absolutnie skrajnie na północ wysuniętym kawałku stałego lądu w Szkocji i całej Wielkiej Brytanii.

Wysokość klifu, z którego będą nam dyndać nogi (w wersji dla odważnych) to jakieś 100 metrów. Na dole fale Oceanu Atlantyckiego rozbijają się o skały, raz po raz zalewają i odsłaniają poszczególne ich fragmenty. Na miniaturowych półkach skalnych dostrzeżemy gniazda fulmarów (Fulmarus glacialis), a w nich – jeśli znajdziemy się tam o odpowiedniej porze roku – pisklęta oczekujące na pokarm przynoszony przez rodziców. Jeśli mamy szczęście, natkniemy się na maskonury, jeśli szczęście (lub rozum) nam nie dopisuje, możemy narazić się na atak ze strony wydrzyka wielkiego (Stercorarius skua), broniącego swojego potomstwa. Na wprost rozciąga się widok na bezkresny ocean, nieco na prawo, w oddali – to już Orkady, wyspa Hoy.

W piękny, słoneczny dzień, kiedy słońce osunie się już tuż nad horyzont, kiedy żerujące w dole ptactwo wylatuje nagle niemal pionowo nam spod nóg, niebo robi się czerwono-różowo-purpurowe, a między naszym klifem, a Orkadami przystanie pełen turystów statek wycieczkowy, a my nie słyszymy ich zachwytów, jedynie szum oceanu i krzyki ptaków, wtedy aż się prosi wyciągnąć z plecaka coś dobrego, choć niekoniecznie zbyt wyszukanego, na przykład starą dobrą Highland Park, i sącząc leniwie kropla po kropli, rozkoszować się miękkością mchu, świeżością atlantyckiej bryzy i brakiem midżów.



Ardbeg
Wiadra pomyj wylano – i nie bez racji – na politykę marketingową Ardbeg prowadzoną od dobrych paru lat. Aktualne szefostwo destylarni, na spółkę z właścicielami zakładu, zrobiło co możliwe, by sprzedać wszystko, co uda się przepuścić przez te ich legendarne alembiki, a przy okazji zrazić do siebie niegdysiejszych wielbicieli marki. Nie zmienia to faktu, że samo miejsce, gdzie powstała Ardbeg Provenance, Uigeadail i Auriverdes, zdecydowanie zalicza się do miejsc magicznych.

Każdemu, kto nie chce już słuchać opowieści ardbegowych marketingowców o nadprzyrodzonym pochodzeniu kolejnych poślednich wersji Ardbeg, a jednak nie chcą puścić w niepamięć niegdysiejszej siedemnastolatki, pierwszej partii Lord of the Isles, czy choćby zwykłej dziesiątki z końca ubiegłego wieku, polecam jednak odwiedzenie tego miejsca. Zamiast jednak przejmować się godzinami otwarcia tamtejszego Visitor Centre, proponuję udać się do Ardbeg o dowolnej porze dnia czy nocy, najlepiej o świcie lub o zachodzie słońca, przemaszerować beztrosko przez dziedziniec destylarni, nie oglądając się na nic i na nikogo, po dotarciu do placu zastawionego zwykle pustymi beczkami, skręcić w prawo, przemknąć między osławionym budynkiem z ogromnym napisem Ardbeg od strony morza, a budynkami produkcyjnymi, dotrzeć do typowej bramy, których miliony rozsiane po całej Szkocji wiodą na pastwiska, otworzyć sobie tę bramę, przejść przez nią, zamknąć za sobą (!) i wspiąć się na górujący po drugiej stronie zatoki klif.



Rozpościera się stąd widok przede wszystkim na leżącą w dole destylarnię, która tonąć będzie teraz w promieniach wschodzącego lub zachodzącego słońca (w zależności od wybranej pory dnia). Może też tonąć w strugach deszczu, ale to wersja expert+++, którą tu się nie zajmujemy. Poza destylarnią, zobaczymy stąd górzystą powierzchnię wyspy, pokrytej wrzosowiskami i torfowiskami, w oddali dostrzeżemy zarys półwyspu Kintyre, spoza którego wyzierać będą szczyty górskie znajdującej się po drugiej stronie wyspy Arran. Przy dobrej widzialności, na prawo od Kintyre dostrzeżemy brzegi Irlandii, a jeśli wybraliśmy się w to miejsce wieczorem, jest szansa, że zamruga do nas jakaś irlandzka latarnia morska. Poza tym, błogość i cisza, zakłócona jedynie odgłosem fal morskich i sporadycznymi, stłumionymi dźwiękami dochodzącymi z destylarni. Nic innego nie pasuje do tego obrazka, jak kieliszek starej dobrej Ardbeg, najlepiej w jakiejś wersji rocznikowej, powiedzmy Ardbeg 1976 Committee Bottling z 2000r. Choć szczerze mówiąc, śmiem twierdzić, że w tych okolicznościach przyrody zasmakuje nam każda wersja lokalnej whisky. Tutaj bowiem jej aromat uzupełni zapach morskiej bryzy, gnijących u stóp klifu wodorostów, dobiegające od strony destylarni nuty słodu i drożdży, oraz wszechobecny aromat torfu.

Ring of Brodgar, Orkady
Na największej wyspie archipelagu Orkadów (zwanej, nomen omen, Mainland – stały ląd) co krok odnosi się wrażenie, że czas stanął w miejscu. A to rdzewiejące wraki okrętów z II wojny światowej, wystające z wody w zatoce Scapa Flow, a to jakieś osady sprzed tysięcy lat (Skara Brae nad zatoką Bay of Skaill), a to wreszcie rozrzucone po wyspie prehistoryczne megality.

Jeden z najciekawszych kręgów megalitycznych, Ring of Brodgar, omal nie uległ całkowitemu zniszczeniu, zanim został oficjalnie „odkryty” i otoczony ochroną prawną na początku XXw., kiedy okazało się, że przeszkadzał miejscowemu farmerowi w uprawie ziemi na przesmyku między Loch of Stennes i Loch of Harray. Tak czy owak, krąg stoi, w kręgu 27 kamieni, dostępny jest 24 godziny na dobę, nie ma biletów wstępu ani ogrodzeń, zabezpieczeń, drutów kolczastych.



W związku z tym, że w lecie na Orkadach słońce zachodzi bardzo późno (a wschodzi bardzo wcześnie), a cały archipelag raczej nie należy do przeludnionych, do Ring of Brodgar wybrać się można późnym wieczorem, kiedy słońce niewiarygodnie długo wisi nad horyzontem, umościć sobie siedzenie tuż pod jednym ze sterczących w niebo głazów i, obserwując odbicie czerwonych promieni w tafli Loch of Harray (tak tak, tutaj słońce zachodzi bliżej północy niż zachodu), nalać sobie czegoś absolutnie megalitycznego. Na przykład Brory.

Plaża w Balnakeil
Na dobrą sprawę, mogłaby to być dowolna inna piaszczysta plaża wzdłuż zachodniego i północnozachodniego wybrzeża. Albo gdzieś na którejś z wysp, na przykład Islay. Jednak to właśnie Balnakeil zauroczyła mnie podczas pierwszej wizyty, a potem, kilka lat później, tylko wzmocniła mój nią zachwyt.

Właściwie od dobrych kilkudziesięciu kilometrów podróżujemy wąską i krętą drogą A835, wiodącą wzdłuż zachodniego wybrzeża na północ. Właśnie tam, na północ. Tak od dłuższego czasu mówią drogowskazy – „The North”. Gdyby nie zniewalające piękno gór, jezior, fiordowych zatok morskich i przycupniętych przy nich osad, można by powiedzieć, że to wędrówka w głąb tolkienowskiego Mordoru – przez większość czasu jesteśmy sami, nawet mijane samochody da się policzyć na palcach jednej ręki. Docieramy wreszcie do Balnakeil. Uwaga, łatwo przegapić. Trzeba zjechać z głównej drogi w lewo, parę kilometrów przed Durness. Trzeciorzędna droga doprowadzi nas nad samą plażę rozciągającą się wzdłuż zatoki Balnakeil Bay, po zachodniej stronie półwyspu Fairaid Head. Samochód należy zostawić przy ruinach zabytkowego kościółka, stojącego wśród starych grobów, nad samą zatoką.



Wzdłuż zatoki rozciąga się przepiękna, niemal półkilometrowa piaszczysta plaża. Kończy się skalistym cypelkiem wbijającym się w wody zatoki, lecz kilka kroków za nim rozpościera się kolejna piaszczysta plaża, tym razem długości około 300 metrów. Idąc wzdłuż plaży, po lewej stronie mamy czyste, spokojne wody zatoki Balnakeil Bay, po prawej natomiast, porośnięte niezwykle długimi trawami wydmy. Dwa kroki – i już jesteśmy na wydmach, które z kolei ze wschodniej strony kończą się stromymi, poszarpanymi klifami. A dalej już tylko otwarty ocean. Plaża zwykle upstrzona jest wyrzuconymi na brzeg meduzami, w tym ogromnymi bełtwami festonowymi, i innymi śladami obfitego życia w wodach zatoki.

Najfajniejszą cechą tej plaży jest jednak fakt, że jest ona zupełnie pusta. Kiedyś widziałem tam dwójkę kajakarzy walczących z falami, innym razem, po drugiej, skalistej stronie półwyspu, samotny żagiel. Właśnie tam, wśród traw na wydmach, chętnie usiadłbym z butelką Caol Ila. I zapomniał o świecie.

Storr, wyspa Skye
Byłem na Storr wiele razy. Ze dwa razy nawet trafiłem na piękną pogodę, a co za tym idzie, dość spore tłumy turystów. Byłem tam kiedyś, gdy z jednej strony świeciło piękne słońce, a na głowy sypały się nam wielkie płatki puszystego śniegu. Największe jednak wrażenie zrobiło na mnie ów labirynt skalny u stóp długiego na kilka kilometrów uskoku skalnego, gdy dotarłem tam kiedyś sam, Old Man of Storr raz ginął w mgle, raz się pojawiał przy lekkim podmuchu wiatru, wokół panowała typowo szkocka pogoda, a zza mokrych skał wychylały się nieśmiało jedynie skubiące resztki trawy owce. W pewnej chwili powiał mocniejszy wiatr i z morza mleka wyłoniła się wysoka na dwieście metrów, długa na parę kilometrów ściana skalnego uskoku. Tuż obok mnie. Tak, Storr to miejsce magiczne.



Kiedy siedzi się u stóp kilkudziesięciometrowej iglicy zwanej Old Man of Storr, przed oczami rozpościera się bardzo rozległy widok. Jeśli stanąć tyłem do uskoku skalnego, zasłaniającego wszystko od strony zachodniej, od prawej strony dostrzeżemy majaczące w oddali, skaliste góry Cuillin. Bliżej nas, u stóp wyniesienia, błyszczą w słońcu (wbrew rozsądkowi, zakładam piękną pogodę) jeziora Loch Leathan i mniejsze Loch Fada, wijące się wśród łąk i torfowisk. Za nimi, nieco w lewo, widać ostry, klifowy brzeg wyspy Skye, wody cieśniny Sound of Raasay, wyspy, w tym największą Raasay, a za nimi na wprost i w lewo rozciągają się najdziksze i najpiękniejsze góry szkockich Highlands, te otaczające Glen Torridon, i wreszcie skaliste i poszarpane zachodnie wybrzeże szkockiego stałego lądu, ginące za horyzontem.

Wśród częściowo pokrytych mchami i trawami skał wyniesienia, nietrudno znaleźć sobie zaciszne i odludne miejsce nawet w szczycie sezonu turystycznego, pięknym słonecznym popołudniem, gdy Storr jest stosunkowo najbardziej zatłoczony. Nie wyobrażam sobie, by siedząc tam i rozkoszując się widokami, nie skosztować jedynej whisky wytwarzanej na Skye, Talisker. Najchętniej w jakiejś zacnej wersji.



Moja osobista lista miejsc magicznych w Szkocji nie ma końca. Chciałoby się wspomnieć o ruinach zamku Ardvreck nad brzegiem Loch Assynt, gdzieś na dalekiej północy, o ruinach Dunnottar koło Stoneheaven, o dolinie Glencoe i otaczających ją szczytach, z których widoki są nie do opisania, o nabrzeżu destylarni Bunnahabhain, z widokiem na nieziemsko wręcz piękną wyspę Jura i trzy szczyty zwane Paps of Jura, o południowym krańcu Kanału Kaledońskiego w Banavie, niedaleko Fort William, i plusku fal o burty zacumowanych tam łodzi, widoku na Ben Nevis o zachodzie słońca i jedenastostopniowej śluzie wodnej, o wyspach Iona, Mull, Gigha, pewnym zagajniku nad górskim potokiem niedaleko Kinlochbervie, o Hoy, Loch Maree, Glenfinnan, Loch Shiel, Kyle of Lochalsh…

Wystarczy.

[R.M.]

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum autora.

R E K L A M A