2014.06.29

Wolfburn Distillery
Kolejny dowód, że nie wolno przyzwyczajać się do zastanego obrazu sytuacji pojawił się stosunkowo niedawno na północnym wybrzeżu Szkocji. Wszelkie dotychczasowe źródła na temat szkockiego przemysłu gorzelniczego opisują destylarnię Pulteney w Wick jako najbardziej na północ wysunięty zakład tego typu na szkockim stałym lądzie. Od jakiegoś czasu marketingowcy z Wick kurczowo trzymają się frazy „najbardziej na północ wysunięta destylarnia, która wypuściła whisky single malt,” jednak kwestią czasu tylko jest kiedy i z tego wyróżnika trzeba będzie zrezygnować.
Oto bowiem na przedmieściach Thurso, w pobliżu miejsca, gdzie w XIX wieku funkcjonowała największa z wielu destylarni w regionie, Wolfburn, wyrosło jej współczesne wcielenie. Prace budowlane rozpoczęły się w sierpniu 2012, a 25 stycznia 2013 z alembików popłynęła pierwsza partia świeżego destylatu. Dodać trzeba, że usytuowane u nasady półwyspu Dunnet Head na północnym wybrzeżu, ośmiotysięczne Thurso jest bezwzględnie najbardziej na północ wysuniętym miasteczkiem na szkockim stałym lądzie, i naprawdę trudno byłoby znaleźć bardziej na północ wysunięte miejsce pod budowę destylarni.

Nie zachowały się żadne próbki whisky produkowanej tu przed laty, po starej destylarni ostała się jedynie kupa gruzu. Jedynym elementem łączącym przeszłość z teraźniejszością – poza nazwą i przybliżoną lokalizacją – jest źródło wody wykorzystywanej w produkcji whisky, potok Wolf Burn, wypływający z podziemnego źródła i po kilku kilometrach kończący swój bieg w oceanie.
Wolfburn, wzorem kilku innych niezależnych przedsięwzięć w świecie whisky, jest niewielką destylarnią. Dwie kadzie fermentacyjne ze stali nierdzewnej, pochodzące z rozebranej niedawno destylarni Caperdonich (bliźniacza destylarnia Glen Grant, przez ulicę w Rothes) służą za zbiorniki wody pochodzącej z Wolf Burn, służącej zarówno jako surowiec do produkcji whisky, jak i czynnik chłodzący. Słód jęczmienny, przygotowywany poza destylarnią, suszony bez udziału torfu, trafia do kadzi zaciernej, skąd do jednej z trzech kadzi fermentacyjnych ze stali nierdzewnej o pojemności 5.500 litrów każda. Odfermentowana brzeczka poddawana jest destylacji w dwóch funkcjonujących w zakładzie alembikach ogrzewanych gazem. Ich wydajność to 3.500 litrów destylatu tygodniowo. Ten, z kolei, rozcieńczony do standardowej mocy 63,5% trafia do beczek. Do dojrzewania whisky w Wolfburn wykorzystuje się trzy rodzaje beczek, w mniej więcej równych proporcjach – beczki po sherry (oloroso), po bourbonie i tzw. quarter casks (120l), również po bourbonie. Beczki przechowywane są w tradycyjnym magazynie na terenie destylarni, nigdy nie składowane wyżej niż 3 warstwy.

Za reaktywacją marki Wolfburn nie stoi żadna wielka korporacja. To efekt działań grupki entuzjastów, w której zrodził się pomysł, oraz inwestorów, którzy przyczynili się do jego zmaterializowania. Zakład zatrudnia w chwili obecnej trzy osoby, w tym specjalistów, którzy doświadczenie w produkcji whisky zdobywali w takich destylarniach, jak Royal Lochnagar, Oban, Glenfarclas, Balmenach, Glenlivet, czy Allt a’Bhainne. Kierownik produkcji w Wolfburn, Shane Fraser (po lewej na zdjęciu poniżej) uważa, że zgodnie z tradycją w Highlands, whisky wytwarzana w Wolfburn nie powinna być torfowa (stąd beztorfowy słód), za to akcent powinien być kładziony na leżakowanie w odpowiednich beczkach, głównie po sherry, w tym finiszowanie.

Entuzjaści mocniejszych akcentów z udziałem dymu torfowego otrzymają ograniczoną ilość whisky z Wolfburn, której produkcja opiera się na słodzie o zawartości 10 ppm torfu, ograniczonej do 30 ton słodu przepędzanego raz w roku, tuż przed letnią przerwą w produkcji. Rozwój tej części produkcji zależeć jednak będzie od przyjęcia torfowej Wolfburn przez entuzjastów whisky. Przewiduje się, że leżakować ona będzie w tych samych trzech rodzajach beczek, co produkcja zasadnicza, a jej butelkowanie planowane jest nie wcześniej niż po pięcioletniej maturacji.
Pierwsze butelki z etykietą Wolfburn pojawią się na rynku w pierwszej połowie 2016 roku i dopiero wtedy będzie można ocenić efekty działań entuzjastów z Thurso. W zapowiedziach i deklaracjach wszystko wygląda dobrze – niespieszna fermentacja, staranna destylacja, dobrej jakości beczki. Specjaliści nieźle oceniają profil świeżego destylatu, ale wszyscy przecież dobrze wiemy jak daleko od niego do gotowej, pełnoprawnej whisky. Tym bardziej, że Wolfburn, jak każda inna niezależna destylarnia, będzie musiała sprzedać całą swoją produkcję jako single malt – i te dobre, trafione beczki, i te mniej doskonałe.
Wolfburn nie planuje otwarcia Visitor Centre, jednak możliwe jest zwiedzanie destylarni po uprzednim umówieniu się. Planowana jest również sprzedaż whisky bezpośrednio z destylarni.
[R.M.]
Zdjęcia i logo dzięki uprzejmości Wolfburn Distillery. Thank you, Daniel.

Wolfburn Distillery
Kolejny dowód, że nie wolno przyzwyczajać się do zastanego obrazu sytuacji pojawił się stosunkowo niedawno na północnym wybrzeżu Szkocji. Wszelkie dotychczasowe źródła na temat szkockiego przemysłu gorzelniczego opisują destylarnię Pulteney w Wick jako najbardziej na północ wysunięty zakład tego typu na szkockim stałym lądzie. Od jakiegoś czasu marketingowcy z Wick kurczowo trzymają się frazy „najbardziej na północ wysunięta destylarnia, która wypuściła whisky single malt,” jednak kwestią czasu tylko jest kiedy i z tego wyróżnika trzeba będzie zrezygnować.
Oto bowiem na przedmieściach Thurso, w pobliżu miejsca, gdzie w XIX wieku funkcjonowała największa z wielu destylarni w regionie, Wolfburn, wyrosło jej współczesne wcielenie. Prace budowlane rozpoczęły się w sierpniu 2012, a 25 stycznia 2013 z alembików popłynęła pierwsza partia świeżego destylatu. Dodać trzeba, że usytuowane u nasady półwyspu Dunnet Head na północnym wybrzeżu, ośmiotysięczne Thurso jest bezwzględnie najbardziej na północ wysuniętym miasteczkiem na szkockim stałym lądzie, i naprawdę trudno byłoby znaleźć bardziej na północ wysunięte miejsce pod budowę destylarni.

Nie zachowały się żadne próbki whisky produkowanej tu przed laty, po starej destylarni ostała się jedynie kupa gruzu. Jedynym elementem łączącym przeszłość z teraźniejszością – poza nazwą i przybliżoną lokalizacją – jest źródło wody wykorzystywanej w produkcji whisky, potok Wolf Burn, wypływający z podziemnego źródła i po kilku kilometrach kończący swój bieg w oceanie.
Wolfburn, wzorem kilku innych niezależnych przedsięwzięć w świecie whisky, jest niewielką destylarnią. Dwie kadzie fermentacyjne ze stali nierdzewnej, pochodzące z rozebranej niedawno destylarni Caperdonich (bliźniacza destylarnia Glen Grant, przez ulicę w Rothes) służą za zbiorniki wody pochodzącej z Wolf Burn, służącej zarówno jako surowiec do produkcji whisky, jak i czynnik chłodzący. Słód jęczmienny, przygotowywany poza destylarnią, suszony bez udziału torfu, trafia do kadzi zaciernej, skąd do jednej z trzech kadzi fermentacyjnych ze stali nierdzewnej o pojemności 5.500 litrów każda. Odfermentowana brzeczka poddawana jest destylacji w dwóch funkcjonujących w zakładzie alembikach ogrzewanych gazem. Ich wydajność to 3.500 litrów destylatu tygodniowo. Ten, z kolei, rozcieńczony do standardowej mocy 63,5% trafia do beczek. Do dojrzewania whisky w Wolfburn wykorzystuje się trzy rodzaje beczek, w mniej więcej równych proporcjach – beczki po sherry (oloroso), po bourbonie i tzw. quarter casks (120l), również po bourbonie. Beczki przechowywane są w tradycyjnym magazynie na terenie destylarni, nigdy nie składowane wyżej niż 3 warstwy.

Za reaktywacją marki Wolfburn nie stoi żadna wielka korporacja. To efekt działań grupki entuzjastów, w której zrodził się pomysł, oraz inwestorów, którzy przyczynili się do jego zmaterializowania. Zakład zatrudnia w chwili obecnej trzy osoby, w tym specjalistów, którzy doświadczenie w produkcji whisky zdobywali w takich destylarniach, jak Royal Lochnagar, Oban, Glenfarclas, Balmenach, Glenlivet, czy Allt a’Bhainne. Kierownik produkcji w Wolfburn, Shane Fraser (po lewej na zdjęciu poniżej) uważa, że zgodnie z tradycją w Highlands, whisky wytwarzana w Wolfburn nie powinna być torfowa (stąd beztorfowy słód), za to akcent powinien być kładziony na leżakowanie w odpowiednich beczkach, głównie po sherry, w tym finiszowanie.

Entuzjaści mocniejszych akcentów z udziałem dymu torfowego otrzymają ograniczoną ilość whisky z Wolfburn, której produkcja opiera się na słodzie o zawartości 10 ppm torfu, ograniczonej do 30 ton słodu przepędzanego raz w roku, tuż przed letnią przerwą w produkcji. Rozwój tej części produkcji zależeć jednak będzie od przyjęcia torfowej Wolfburn przez entuzjastów whisky. Przewiduje się, że leżakować ona będzie w tych samych trzech rodzajach beczek, co produkcja zasadnicza, a jej butelkowanie planowane jest nie wcześniej niż po pięcioletniej maturacji.
Pierwsze butelki z etykietą Wolfburn pojawią się na rynku w pierwszej połowie 2016 roku i dopiero wtedy będzie można ocenić efekty działań entuzjastów z Thurso. W zapowiedziach i deklaracjach wszystko wygląda dobrze – niespieszna fermentacja, staranna destylacja, dobrej jakości beczki. Specjaliści nieźle oceniają profil świeżego destylatu, ale wszyscy przecież dobrze wiemy jak daleko od niego do gotowej, pełnoprawnej whisky. Tym bardziej, że Wolfburn, jak każda inna niezależna destylarnia, będzie musiała sprzedać całą swoją produkcję jako single malt – i te dobre, trafione beczki, i te mniej doskonałe.
Wolfburn nie planuje otwarcia Visitor Centre, jednak możliwe jest zwiedzanie destylarni po uprzednim umówieniu się. Planowana jest również sprzedaż whisky bezpośrednio z destylarni.
[R.M.]
Zdjęcia i logo dzięki uprzejmości Wolfburn Distillery. Thank you, Daniel.
R E K L A M A


