UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
19.04.2026 Sunday 06:38 
2014.07.19

Z zamkniętymi oczami – czyli o degustacji słów parę

Jeden z moich znajomych, aktywnych forumowiczów BOW, zainspirowany doświadczeniem kalifornijskiego LA Whisky Society, którego członkowie podczas jednej z degustacji w ciemno oceniali m.in. legendarną Black Bowmore – i jakoś z zachwytu nie piali – zaproponował mi udział w zabawie w ciemno. Podczas niedawnego spotkania wręczył mi pudełko zawierające dwanaście próbek – i poprosił o ich ocenę. Zaznaczył przy tym, że „wpadek żadnych tam być nie powinno,” oraz że „tam są raczej dobre whisky, ale sam zobaczysz.”

Mając świadomość ogromnej wiedzy i doświadczenia na temat whisky pomysłodawcy, ochoczo przystałem na propozycję zabawy. Wiem z całą pewnością, że wśród próbek na pewno nie znajdzie się „wybitna i wyjątkowa” edycja jakiegoś dżoniłokera, zachęcająca mnie bym „keep walking”, czy innej wyjątkowej wersji Scottish Leader, skądinąd mojej ulubionej ostatnio whisky mieszanej. A poza tym, jak powszechnie wiadomo, najlepsza whisky to ta, za którą nie trzeba płacić, więc tym bardziej czemu nie, chętnie, z przyjemnością.



Każdy, kto kiedykolwiek brał udział w degustacji w ciemno, wie jaka to trudna – wbrew pozorom – zabawa. Nawet jeśli odbywa się ona w zamkniętym gronie dobrych znajomych, w obawie o swą reputację „znawcy whisky”, niełatwo jest wyrazić szczerą opinię o smakowanej właśnie whisky. A już przyznać się, że za cholerę z niczym znanym mi się to nie kojarzy, albo że kojarzy się z co najmniej trzema skrajnie różnymi markami/edycjami – to najbardziej wymagająca próba dla każdego zakochanego w sobie snoba. A przecież nikt inny whisky nie pija.

Cóż więc powiedzieć o próbie, której efektem miało być najpubliczniejsze z możliwych – bo internetowe – przyznanie się: wziąłem starą Glenfarclas za whisky z Islay, a w pewnym momencie nawet byłem niemal pewien, że to Bowmore z beczek po porto. Cholera, o tym nie pomyślałem, gdy wyciągałem rękę po wspomniane wcześniej pudełeczko z próbkami. Taka wpadka! I jak teraz żyć? Chyba już nie pokażę się na żadnym spotkaniu BOW. Trudno, koszty trzeba ponosić.

Na swoją obronę powiem tylko, że o whisky znajdujących się w buteleczkach nie wiedziałem absolutnie nic – nie tylko nazwy destylarni, regionu pochodzenia, czy wieku, ale nawet zawartości alkoholu. Mogłem spodziewać się, że będzie wśród nich sporo edycji pochodzących z pojedynczych beczek, od niezależnych dystrybutorów (co jeszcze bardziej utrudniło zadanie), w większości w postaci cask strength. Zresztą, celem zabawy nie było odgadnięcie skąd która whisky pochodzi, a zwyczajna ocena każdej z próbek w ciemno, by na koniec porównać ją z ocenami osób, które degustowały w pełnej świadomości co w kieliszku trzymają i do ust unoszą.

***

Dzień pierwszy

Whisky nr 1


Jasna barwa białego wina wskazywała, że będzie to whisky z beczki po bourbonie. Chyba, że młoda rzecz ze starej, zużytej beczki po sherry. Tę ewentualność musiałem jednak odrzucić od samego początku, biorąc pod uwagę wspomniany wyżej profil pomysłodawcy zabawy. Dobre whisky po bourbonie lubię, więc do pierwszej próbki podszedłem z optymizmem.

Nos powiedział mi – rozkoszując się akcentami jabłek, śliwek, dębiny, starej skóry, wanilii – że to rzeczywiście jakaś łagodność, najpewniej z Highlands lub Speyside, z beczki po bourbonie, na pewno cask strength, nie za młoda, ale też nie przesadnie stara. Coś, co trafia w mój gust wybornie – wolę wędrować po labiryncie subtelnych aromatów niż znieczulić twarz jednym mocnym kopem torfu, za którym nic nie stoi, czy efektami dojrzewania w kiepskiej jakości beczce po sherry – a przy tym, obiektywnie rzecz biorąc, jest to trunek zharmonizowany, złożony, ciepły i przyjemny. Co więcej, odłożona na parę chwil na bok, kiedy już miała czas pooddychać, zachwyciła wręcz intensywnym aromatem słodkich, dojrzałych bananów i wanilii. Miałem rozkosz w nosie.

Na podniebieniu najpierw okazało się, że podejrzenia o cask strength spełniły się. Whisky była mocna, dość szybko odrętwiła mi podniebienie i język. Ale wkrótce potem pojawiła się fala głównie owocowych słodkości – jabłka, śliwki, suszone owoce, miód, wosk, wanilia. Piękna harmonia z następującymi po chwili nutami goryczkowymi – migdały, pestki jabłek. Odrobina dymu torfowego dopełniła całości. Tak, na pewno mamy do czynienia z jakąś whisky z Highlands/Speyside z beczki po bourbonie.

Moja ocena – 7/10

Jak się później dowiedziałem, whisky nr 1 to Braeval 1994, 18yo, Dewar Rattray Cask Collection, bottled 2013, bourbon barrel, cask # 159180, 218 bottles, 54,1% vol. Najlepszy dowód na to, że nie wolno patrzeć z góry na whisky pochodzące z małych, nieznanych destylarni. Tam też czasem zdarzają się perełki. Kto wie, może nawet równie często, jak w Lagavulin, Springbank, czy Highland Park, tylko PR mają słaby.

***

Whisky nr 2


Do tej podszedłem z pewną taką nieśmiałością, żeby zacytować klasyka. Generalnie, nie lubię whisky dogrzewanej w beczkach po sherry. I nie dlatego, że z definicji muszą być niedobre, ale dlatego, że w 90% przypadków są. Owczy pęd na beczki po sherry i panujące powszechnie przekonanie, że im whisky ciemniejsza, tym lepsza (i równolegle pojawiające się jęki dot. użycia karmelu do barwienia whisky!), powodują iż do butelek trafia wiele whisky z beczek po sherry, które w najlepszym razie powinny trafić do przepłukiwania syfonów w toaletach, bądź do samochodowych spryskiwaczy. Żeby tylko wspomnieć większość oficjalnych wersji Aberlour. A ta bestyjka – czyli whisky nr 2 – na pierwszy rzut oka musiała pochodzić z beczki po sherry. Głęboki, ciemny bursztyn, z rubinowo-czerwonymi refleksami sugerował, że być może były to nawet beczki po porto. I chyba w tym miejscu się zafiksowałem. A potem już poszło. Tragicznie.

Zaraz po nalaniu do kieliszka w nozdrza uderzyły mnie intensywne akcenty słodkiej sherry, być może porto. Te rozwiały się dość szybko, by ustąpić miejsca niezwykle przyjemnej orzechowej wytrawności, akcentom palonego drewna, wiśni w likierze, pestek, lekkiej goryczki, jakiejś naftaliny, mydła… A gdy pojawiła się palona guma, wreszcie torf i dym z ogniska, byłem przekonany, że mam do czynienia z jakąś starą Bowmore z beczek po sherry. Nie wiem dlaczego akurat Bowmore, ale tak mi zapachniało.

Na podniebieniu whisky nr 2 (domniemana Bowmore) zrobiła totalne spustoszenie. Strasznie mocna i agresywna, no wręcz potęga. Dopiero po chwili byłem w stanie wyłapać jakiekolwiek akcenty smakowe, głównie owocową słodycz rodem z dojrzałych, czerwonych owoców, winogron. Potem mentol, dym, słodycz ustępuje miejsca wytrawności, a język ulega bardzo przyjemnemu odrętwieniu – jakby jednocześnie nakłuło go milion mikroskopijnych igiełek. Orzechowy finisz.

Przepyszne doznania. Dawno nie miałem w ustach czegoś tak dobrego, harmonia i intensywność aromatów i smaków niebywała. Było tam zdecydowanie więcej niż byłem w stanie wyłapać i opisać, jednak nie było ani śladu kłótni pomiędzy poszczególnymi akcentami. Była to bardzo dobra whisky z beczki po sherry. Widać i takie występują w przyrodzie. Miałem też już pewność, że zawartość alkoholu była bardzo wysoka, co mogło mnie zmylić jeśli chodzi o pochodzenie owej whisky. To, co wziąłem początkowo za islay’ową agresywność, było po prostu dzikim atakiem etanolu. Whisky pachniała i smakowała staro – w bardzo dobrym znaczeniu tego słowa – stąd gdzieś z tyłu głowy coś mi mówiło, że przecież mocna być nie może. Z każdym rokiem spędzonym w beczce zawartość alkoholu spada o kilka procent. Jeżeli więc mamy do czynienia z whisky ponad dwudziestoletnią (a na pewno mamy!), to zawartość alkoholu nie może być aż tak wysoka.

Moja ocena – 8/10

Jak bardzo się zdziwiłem, gdy okazało się, że whisky nr 2 to Glenfarclas 1968, 38yo, OB Family Casks, bottled 2006, sherry butt, cask # 1316, 483 bottles, 65,1% vol.

***

Whisky nr 3


Kolejna whisky to znowu oczekiwanie na coś dobrego z beczek po bourbonie. Przynajmniej jeśli sądzić po jasnym, blado-słomkowym kolorze.

Nawet za bardzo nie trzeba było zbliżać kieliszka do nosa, żeby przekonać się, że tym razem ponad wszelką wątpliwość jesteśmy na Islay. Zagęszczenie akcentów rodem z podkładów kolejowych, palonego drewna, torfu, jodyny, ogrom cudownej słodyczy, na czele z wanilią – niechybnie Islay, a kto wie, może nawet stara, dobra Ardbeg. Na koniec jakieś niemiłe akcenty gnilne, jakiś ser owczy. To mi zwyczajnie nie pasowało.

W smaku najpierw słodycz, po chwili typowy atak torfowy, marsz stada mrówek po języku, po czym lekka wytrawność, akcenty miętowe, dymne, potem znów landrynkowo słodko. Albo mam podniebienie spalone po whisky 2, albo smak rozczarowuje. Aromat zapowiadał niebiańską ucztę, podczas gdy w rzeczywistości – choć źle nie jest – do nieba mamy ciągle sporą odległość.

Moja ocena – 6/10

Whisky nr 3 to Bowmore 1997, 15yo, Whisky-Fässle, Duck Label, bottled 2012, bourbon hogshead, 53,7% vol.

***

Whisky nr 4


Kolejna bladzizna w szkle, kolejna nadzieja na dobrą whisky po bourbonie. I chyba największe zdziwienie po zakończeniu degustacji i ujawnieniu destylarni, rocznika i krążących po Internecie ocen. Ale po kolei.

Tutaj też wątpliwości nie ma. Jesteśmy na Islay. I to raczej na jej południowym wybrzeżu. Ostre aromaty palonej gumy, pasty do butów, wnętrza zakładu rymarskiego po chwili łagodnieją, by ustąpić miejsca słodyczy, ziemistym akcentom świeżego torfu, jakby woda wykorzystywana w produkcji tej whisky przed trafieniem do destylarni przepływała przez torfowiska, sporo wanilii, mnóstwo akcentów ananasowych, rodzynki. Przyjemny smród, charakterystyczny dla Islay.

Na podniebieniu najpierw przyjemna słodycz, po czym torfowo-dymny atak, paraliż języka i podniebienia, dym, jod, sól. Intensywna, aż gęsta. Nie jest to whisky kiepska, ale jakoś rozczarowuje na podniebieniu. Nie dzieje się tu wiele, jakoś płasko i jednowymiarowo, choć trudno jej zarzucić coś konkretnego.

Moja ocena – 5/10

Ta najniżej dotąd oceniona whisky to Ardbeg 1975, 24yo, Douglas Laing, Old Malt Cask, bottled 2000, 234 bottles, 50,0% vol.

Przerwa. Nie jestem już w stanie oceniać whisky. Język mam odrętwiały, kubki smakowe wyniszczone. Jutro zabiorę się za kolejne próbki.



Dzień drugi

Whisky nr 5


Ten wieczór zaczynam od kolejnej whisky o blado-słomkowej barwie. Ewidentnie z beczki (beczek) po bourbonie. Zobaczymy co ma do zaoferowania.

W aromacie najpierw uderzają akcenty zgniłej, przeleżanej trawy, potem pojawia się słodki, świeży, mokry torf, a potem już całkiem na słodko – wanilia, woskowa miechunka, bardzo dojrzały agrest, marcepan, świeże ciasto – biszkopt, babka cytrynowa (?), przypieczona, skarmelizowana beza.

W smaku owocowa słodycz, dojrzałe, soczyste brzoskwinie, lody śmietankowo-waniliowe, mnóstwo słodu jęczmiennego, całość popędzana niespiesznie torfowym dymkiem, finisz trochę w stronę ziół i świeżych orzechów. Sympatyczna harmonia smaków.

Moja ocena – 6/10

Whisky nr 5 to Imperial 1995, 17yo, The Whisky Fair, refill hogshead, bottled 2012, 161 bottles, 53,9% vol.

***

Whisky nr 6


Herbaciany brąz tej próbki nie pozostawił wątpliwości – wchodzimy w strefę whisky z beczek po sherry. Bez entuzjazmu nalałem więc sobie do kieliszka zawartość próbki.

Najpierw akcenty sherry, bardzo wyraziste, potem gorzkawe pomarańcze, cierpki pigwowiec, trochę palonej gumy, ciężkie, oleiste ciasto kakaowe, rodzynki, a gdzieś z tyłu zapach łąki w upalny dzień – siano, zioła, kwiaty polne. Bardzo obiecująca (a przecież nie lubię whisky z beczek po sherry!).

Na podniebieniu najpierw owocowa słodycz, ale już po chwili pojawiają się akcenty gorzkie – migdały, rozgryzione pestki jabłek. Język drętwieje (to znowu na pewno jest cask strength), lecz po chwili znowu whisky staje się ciepła, słodka, rozgrzewająca, gęsta. Bardzo przyjemna.

Moja ocena – 7,5/10

Whisky nr 6 to Strathisla 1970, 42yo, Alambic Classique Rare & Old Selection, sherry cask, cask # 12306, bottled 2012, 119 bottles, 52,9% vol.

***

Whisky nr 7


W barwie ciemnego bursztynu, zapowiadała ciężkie przejścia przez akcenty sherry, palonej gumy, mokrego plastra i całej reszty paskudztwa, która nieodłącznie wiąże się z kiepskimi wypustami whisky przeleżanej w wątpliwej jakości beczkach. Ale przecież im ciemniejsza, tym lepsza, prawda? Cholera jasna, trzeba będzie się z tym zmierzyć.

No i nalałem. No i zaskoczenie. Najpierw akcenty świeżo wyprawionej skóry, lakieru do paznokci (a może zmywacza?), potem kakao, czekolada, cukierki trufle, gdzieś tam w tle nieco przemoczonego plastra, ale jakoś nie przeszkadza (albo to ja widzę to, czego nie ma, oczyma wyobraźni – hamletyzuję), zioła, nalewka ziołowa, jagermeister jakiś, siarka, szałwia, płyn do płukania gardła, suszone owoce, rodzynki, znowu zioła. Wszystko to w doskonałej wręcz harmonii, akcenty wydawałoby się paskudne (siarka, zmywacz) w postaci znośnej, sympatycznej, a w zestawieniu z całą resztą, wręcz rozkosznej.

Na podniebieniu znowu czuje się cask strength. Swoją moc ma, bestyjka. Ale już po chwili cała masa owocowej słodyczy, akcenty korzenne, imbir, piernik, cynamon, czerwone porzeczki – dzieje się. Dzieje się pięknie i rozkosznie. Aż chce się jeszcze i jeszcze…

Moja ocena – 9/10

Nie zdziwiłem się ani trochę, gdy ujawniono mi co to za rozkoszniak. I destylarnia kiedyś potrafiła robić dobre whisky, i beczki mieli dobre, i rocznik najlepszy w świecie. I komu to przeszkadzało? Ocenianą whisky była Ben Nevis 1967, 35yo, High Spirits’ Collection, The Scottish Colourists, bottled 2002, cask # 1279, sherry cask, 148 bottles, 49,8% vol.

***

Whisky nr 8


Herbaciana barwa znowu nie pozostawiała wątpliwości – kolejna whisky po sherry. Ciekawe czy i tym razem będzie tak dobrze, jak w poprzednim przypadku. Tak czy inaczej, to ostatnia whisky na ten wieczór. Coraz częściej dociera do mnie smutny fakt – starzeję się. Bo jak inaczej wytłumaczyć niechęć do upijania się?

Nalewam i wącham, cóż mi pozostało? I okazuje się, że jest bardzo przyjemnie. Sernik wiedeński z ogromną ilością rodzynek. Kandyzowana skórka pomarańczowa, przypalone nieco krawędzie ciasta (tego sernika), po chwili robi się ziołowo, jakbym wszedł do sklepu zielarskiego. Nie dzieje się wiele, ale to, co się dzieje, dzieje się wzorcowo.

W ustach najpierw lekka słoność, przełamana słodyczą. Suszone zielsko, słód jęczmienny, coraz bardziej ziołowo i wytrawnie, bardzo delikatna ta wytrawność. A za chwilę przyjemna, lekka dębina. Pięknie przeplatają się i współgrają na podniebieniu akcenty słodkie i wytrawne.

Moja ocena – 7/10

Tutaj też nie zdziwiłem się ani trochę. Destylarnia najczęściej niedoceniana, a wypuszczająca bardzo przyzwoite edycje swojej whisky. No i bardzo często są to dobre wypusty z beczek po sherry, a w każdym razie, o wyraźnym wpływie sherry. Oceniana whisky nr 8 to Longmorn 1996, 17yo, Van Wees, The Ultimate, sherry butt, cask # 105091, 588 bottles, bottled 2013, 60,8% vol.

I tak upłynął wieczór drugi. I widziałem, że wszystko com wypił, było bardzo dobre.



Dzień trzeci

Trzeciego dnia zasiadłem do degustacji już z wyraźnie popalonym językiem i podniebieniem. Na dodatek, przez większość dnia z nieba lał się żar, piwa wypić nie było można, żeby sobie nie sfiksować podniebienia, a ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, była kolejna porcja whisky. Ach, uroki globalnego ocieplenia! Może dlatego i opisy i oceny z ostatniej sesji degustacyjnej są już mniej entuzjastyczne.

Whisky nr 9

Bladziutka, wręcz anemiczna. Wiadomo – będzie po bourbonie, jest szansa na słodkie subtelności pod dyktando wanilii. Jednak aż tak blado? Może być agresywny młodziak. Polejemy – zobaczymy.

Jezu kryście, kyrilejson! Gdzie subtelności, gdzie delikatność, gdzie wanilia? Dym, mnóstwo dymu, smoła, podkłady kolejowe w upalny dzień, siano, suszony rumianek, wszystko ususzone na wiór. Nie wszystko jednak stracone. Po chwilach paru, kiedy dym opada, pojawiają się nieśmiało akcenty słodkie, ciepłe – jabłka (dojrzałe papierówki), wanilia. Pachnie czymś niezbyt starym z Islay. Co do tego wątpliwości nie ma. Czyżby Caol Ila? Bo raczej nic z południowego wybrzeża Islay, ale nigdy nie wiadomo.

Na podniebieniu bardzo grzeczna i łagodna, przynajmniej w początkowej fazie. Zapowiada się nieźle. Wiem jednak, że za chwilę dostanę tępym narzędziem, bezlitośnie i mocno. Taaaa, mogę robić za profetę – już po chwili torf, dym, jodyna, język znieczulony. Atak przetrzymuję, cierpliwy jestem. W nagrodę dostaję słodową słodycz, wanilię, nawet sporo wanilii (a nie mówiłem?), słodkie cytrusy, melon, dym, pieprz, zioła, lekka goryczka, echa torfu i dymu wracają. Bardzo przyjemnie, bardzo grzecznie.

Moja ocena – 6/10

Żadnego zdziwienia nie było, gdy dowiedziałem się, że oceniana whisky to Caol Ila 1990, 21yo, The Whisky Cask, bottled 2012, bourbon cask, 55% vol.

***

Whisky nr 10


Jasno-miodowa barwa tej próbki wcale nie pomogła we wstępnej ocenie. Bo albo to młoda whisky z beczki po sherry, szczególnie jeśli to second fill, albo staruszka z dobrej beczki po bourbonie. I jak tu się nastawić? Jakie założenie wstępne przyjąć? Lubić ją z definicji, czy podejść z rezerwą? Zobaczymy. Napełniam szkło.

Po napełnieniu wącham. Klej wikol, ananas, kandyzowane owoce, jaśmin, wosk pszczeli, mango, liczi, znowu ananas, pasta do podłogi, preparat do czyszczenie mebli. Whisky zdecydowanie nie jest młoda, aromat bardzo złożony, bardzo harmonijny. Aha, a beczka, w której leżakowała to beczka po bourbonie. Bez wątpienia.

W smaku whisky świeża i lekka (a przecież zapach sugerował sędziwy wiek!), owocowo-słodka. Niewiele się dzieje na podniebieniu, co stanowi kolejny kontrast z zapowiedziami niesionymi przez złożony, arcyciekawy aromat. Sporo wanilii, nieco goryczki, migdałów, trochę słoności i dymu. Koniec. Rozczarowanie.

Moja ocena – 5/10

Cóż za zdziwienie, gdy okazało się, że whisky degustowana pod numerem 11 to Springbank 1968, 39yo, Acorn Natural Malt Selection, bourbon hogshead, bottled 2007, cask # 617, 256 bottles, 47,6% vol. Chyba trochę przeleżała w tej beczce. Szkoda, mogło być dużo lepiej.

***

Whisky nr 11


To już zupełna bladość, rzadko spotykana w świecie whisky, szczególnie tej, zalegającej półki sklepowe. Przecież musi być ruda. Najlepiej na myszach. Tak więc, od pierwszego wejrzenia obdarzyłem tę próbkę wielką sympatią. Nalałem.

Oj, niefajnie. Rozpuszczalnik, dym, gnijące jabłka, gorycz. Aromat bardzo nieprzyjemny, jednowymiarowy. Trzeba będzie zatkać nos…

Podniebienie omywa słodko-śmietankowe coś, gorycz migdałów, gorycz po prostu, świeży, ziemisty torf, trochę dymu, ogólny chaos, zakończony mentolowo-dymnym znieczuleniem podniebienia.

Moja ocena – 2/10

No i tutaj płacz i zgrzytanie zębów. Cóż to takiego okazało się godnym nie więcej niż dwóch punktów w skali dziesięciopunktowej? Loch Lomond NAS? Glen Grant, Glenfiddich, czy może jakiś speszjal rilis z Kilchoman? Nie, opisywana wyżej whisky to, ni mniej ni więcej, tylko Port Ellen 1982, 25yo, Douglas of Drumlanrig, bottled 2008, 58,2% vol. Jak nisko potrafi upaść legendarna, kultowa niegdyś destylarnia! Straszliwe spustoszenie musiało mieć miejsce w magazynach nieczynnej już destylarni na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, kiedy to na półki trafiały prawdziwe arcydzieła sztuki gorzelniczej z Port Ellen. Cóż, może dobrze, że ograniczyli się już tylko do robienia słodu.

***

Whisky nr 12


Znowu zrobiło się nieco ciemniej w szkle, bursztynowo, a więc była to beczka po sherry. Przeczuwam, że na koniec przygotowano dla mnie coś dobrego, więc nie ma dla mnie już znaczenia jaka to była beczka. Jeśli po sherry, to na pewno dobra.

Nalewam do kieliszka, wącham. Sherry, dym torfowy, gorzka czekolada, wiśnie w likierze, rozpuszczalnik, marcepan, cynamon, toffi, wreszcie powiew znad morza. Chyba wiem, gdzie jestem. Znam to miejsce dość dobrze.

Przechylam, smakuję. Głęboka, owocowa słodycz zalewa moje podniebienie. Pogania ją dym i torf. I dym torfowy. Wraz z nim goryczka i wytrawność, gorzka czekolada, ale tylko na chwilę. Znowu słodycz – dojrzałe brzoskwinie, wiśnie, marcepan. Finisz wytrawny, w otoczce dymu.

Mam problem z tą whisky. Serce mówi mi co to jest, jednak podniebienie nie każe jakoś specjalnie się zachwycać. Jest nieźle, średni poziom. Chętnie napiję się jeszcze raz. Chętnie poproszę o abonament. Tę whisky mógłbym pijać częściej. Taką whisky. Lecz gdybym był poetą, hymnu na jej cześć bym chyba jednak nie napisał. Krótko po zakończeniu degustacji dowiaduję się, że ostatnia whisky to rzeczywiście Ardbeg. Co więcej, jest to Ardbeg 1975, 31yo, OB, single cask, cask # 1378, bottled 2006, 453 bottles, sherry butt, 53,7% vol. Co nie zmienia mojej oceny.

Moja ocena – 5/10



Postscriptum
czyli luźnych rozważań parę


Po ujawnieniu tożsamości poszczególnych whisky, poczytałem sobie ich oceny i notki degustacyjne, m.in. na whiskybase.com, choć nie tylko. Wybaczcie, panowie degustatorzy, ale już po sformułowaniach widać jak bardzo zachwyciły niektórych z was etykietki poszczególnych whisky. Nagminnie stosowane „gorgeous”, „rich”, „noble” nie pozostawiają wątpliwości – ten i ów miał gotową ocenę już w momencie, gdy zobaczył butelkę. Poczytałem też o ich cenach. Boże drogi, co ludziom potrafi zrobić marketing! Ponad 1200 funtów za butelkę Ardbeg 1975 OB? Komuś zupełnie odbiło! Pamiętam jak piłem tę samą whisky prosto z beczki, w magazynie Ardbeg, w lecie 2004, dwa lata przed butelkowaniem. Wtedy wydawała się zjawiskowa, choć może to nie ta konkretna beczka. Piłem ją później, już po zabutelkowaniu, z beczki o dwa numery niższej, też w Ardbeg. Może to magia miejsca? Jednak nie potrafię sobie wyobrazić okoliczności, które skłoniłyby mnie do wydania takich pieniędzy na butelkę whisky. Nawet gdybym miał te 1200 funtów na zbyciu. Cóż, pewno kwestia priorytetów.

Z innej beczki – wyobrażacie sobie o ile ciekawsze byłyby wszelkie degustacje, w tym te organizowane przez BOW, gdyby odbywały się w ciemno? Do momentu ostatecznej oceny nie wiemy co mamy w kieliszkach. Jaką wywołalibyśmy rewolucję! Przypominam sobie takie próby przed laty. Chyba nie podobało się nam, że jakaś niepozorna butelczyna pobiła na głowę wypasioną Highland Park 25yo OB, i dlatego pomysł zarzuciliśmy. Tak czy inaczej, pomysł wart ponownego rozważenia.

Wygląda na to, że wielkie, legendarne destylarnie już zabutelkowały i sprzedały wszystko, co miały najlepszego. Teraz wyprzedają miernoty zalegające magazyny. Prawdopodobieństwo znalezienia dobrej Port Ellen, Brory, czy Ardbeg coraz niebezpieczniej nawiguje w stronę zera. I czas najwyższy zdać sobie z tego sprawę, a dobrych whisky szukać gdzie indziej. Stanowczo gdzie indziej.

I na koniec garść uwag dotyczących samej zabawy, którą tutaj opisuję.

Pamiętać należy zapewnienia pomysłodawcy zabaw, a mianowicie iż w zestawie znajdują się naprawdę dobre, wyjątkowe whisky. Pod tym względem nie zawiódł. Bynajmniej. Jednak, mając te zapewnienia ciągle gdzieś z tyłu głowy, w degustowanych próbkach doszukiwałem się doskonałości, wręcz łiskowego absolutu. Stąd być może zawyżone oczekiwania i zaniżone nieco oceny. Nie mam jednak zamiaru ich poprawiać po ujawnieniu szczegółów. Myślę jednak, że w normalnych warunkach, gdyby nie było tych oczekiwań, tu i ówdzie dorzuciłbym punkt. Kilka z najbardziej zaskakujących (również mnie) przypadków przetestowałem powtórnie, już wiedząc co mam w kieliszku. Na przykład, Port Ellen i Ardbeg 1975 OB. W tych przypadkach upieram się jednak przy ocenach wystawionych za pierwszym razem.

Niektóre z degustowanych whisky spędziły jakiś czas – dłuższy lub krótszy – w butelkach już po ich pierwszym otwarciu. Nie można wykluczyć, że na ich jakość negatywny wpływ miał czas spędzony w butelkach i naturalna w tej sytuacji oksydacja.

Degustacja odbywała się w warunkach panujących do niedawana na Dolnym Śląsku upałów, co również mogło pozostać nie bez wpływu na odbiór i analizę poszczególnych whisky. Nieprzypadkowo w krajach gorącego południa największą popularnością cieszą się uznane ogólnie za kiepskie, tanie wersje NAS, na przykład z Glen Grant.

Zapraszam do dyskusji na naszym forum.

[R.M.]

Wszystkie zdjęcia z archiwum autora.

R E K L A M A