UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
20.04.2026 Monday 00:04 
2014.10.30

Do (nie)poczytania


Z pewnym opóźnieniem wpadły mi wreszcie w ręce dwa pierwsze numery magazynu „Whisky”. Jak mi doniesiono, w drodze jest już numer trzeci, ale wydaje mi się, że autorzy, wydawcy i edytorzy pisma już w dwóch pierwszych pokazali, czego można się spodziewać po ich działalności wydawniczej. Sądzę więc, że nie jest za wcześnie na jakąś drobną, subiektywną recenzję; choć dla tych, którzy wykupili prenumeratę, może być nieco za późno. Jednak nie uprzedzajmy wypadków.

„Whisky” to dwumiesięcznik poświęcony – jak sama nazwa wskazuje – „trunkowi, którego sprzedaż w Polsce z roku na rok mocno rośnie i który zdobywa coraz większą rzeszę wielbicieli,” żeby przywołać słowa redaktora naczelnego omawianego pisma, Krzysztofa Maruszewskiego. Jako redaktor prowadzący wymieniony został Colin Hampden-White, szkocki – z pochodzenia – entuzjasta i kolekcjoner wina i whisky. Wiele wskazuje na to, że czasopismo „Whisky” to w dużej mierze dzieło autorskie pana Colina, „światowego autorytetu w dziedzinie alkoholi inwestycyjnych”. Pismo wydawane jest w Poznaniu, dostępne jest w prenumeracie, a pojedynczy numer kosztuje 20zł. Drukowane jest na wysokiej jakości papierze, w formacie A4, jest bogato ilustrowane i składa się z trudnej do przewidzenia liczby stron – numer zerowy miał ich 56, numer pierwszy 74, a numer drugi już ponad 80.

Już na pierwszy rzut oka nie sposób nie zauważyć jak wielkim źródłem inspiracji dla naszego rodzimego czasopisma był i jest wydawany w Szkocji miesięcznik Whisky Magazine. Dobry wzorzec, więc czemu z niego nie czerpać? Pełen optymizmu zabrałem się za lekturę numeru zerowego (czerwiec 2014). Jakże srodze się rozczarowałem…

Gdyby w ręce wpadło mi czasopismo poświęcone luksusowym autom, a jego redaktor naczelny w pierwszych dwóch akapitach artykułu wstępnego pierwszego numeru pisma wychwalał uroki samochodów ferari, lamborgini, albo pisał o zaletach silnika 16-walwe, to rzuciłbym pismo w kąt i nigdy więcej do niego nie zajrzał. Niemożliwe w fachowym piśmie? We wstępniaku w numerze zerowym „Whisky”, w dwóch pierwszych akapitach mowa jest o „Lagavullin”, „Mosstovie” i „cask strenght”. Naprawdę! „Lagavullin” powtórzone dwukrotnie, więc to nie przypadkowa literówka.

Numer zerowy, a nawet sam wspomniany wstępniak, przynosi więcej kwiatków równie wysokiej próby. Nie będę ich wszystkich przytaczał, gdyż do serca wziąłem sobie ostrzeżenie o tym, iż wszystkie materiały zamieszczone w czasopiśmie stanowią własność redakcji i nie wolno ich publikować bez wiedzy i zgody tejże. Ograniczę się więc do najzabawniejszych. Oto czytamy o „6-miesięcznej whisky bez żadnego koloru, ale z już wyraźnym posmakiem single malt,” o beczkach, „które w sekretny sposób przygotowywane są ogniem do jego [pewnego burbona – przyp. aut.] starzenia,” czy wreszcie o tym, że pewna destylarnia „wprowadziła dwa innowacyjne wyroby, stosując ten sam proces, jak w przypadku produkcji single malt whisky, ale bez dojrzewania.”

Magazyn „Whisky” z pewnością trafi do gustu tym amatorom „złotego trunku”, którzy cenią sobie żelazną logikę niepodzielnie panującą w świecie ich ulubionego napoju. Oto bowiem „wyższa cena [Highland Park 18yo] to przede wszystkim skutek popytu. Należy ona do tej samej stajni co Macallan, a cena odzwierciedla teraz jakość.” No to jak jest – popyt czy jakość dyktują cenę HP 18yo? Dowiemy się, że „Speyside to wciąż [!] najbardziej znany region malt whisky w Szkocji,” natomiast w przypadku pewnej młodej niewiasty „fakt, że wychowała się w pobliżu Cragganmore wpłynął na jej decyzję, by powrócić w rodzinne strony.” No jasne, jak powszechnie wiadomo, każdy, kto wychował się z dala od Cragganmore, nigdy w rodzinne strony nie wraca.

Po dogłębnej analizie materiałów zawartych w dwóch pierwszych numerach „Whisky” nie sposób nie dojść do wniosku, że zespół redakcyjny zdecydowanie minął się z powołaniem, choć trudno jednoznacznie powiedzieć jakie by to powołanie miało być. Jedno jest pewne – nie jest to redagowanie czasopisma poświęconego whisky. Więcej przykładów? Proszę bardzo.

Zarówno z materiałów przygotowanych przez polskich członków redakcji, czyli pisanych od początku do końca po polsku, jak i tych napisanych po angielsku – jak się domyślam – przez redaktora prowadzącego i tłumaczonych później na język polski, przebija wszechobecny brak dogłębnej, merytorycznej wiedzy na temat whisky, a co najwyżej entuzjazm neofity w połączeniu z głęboką wiarą w slogany reklamowe poszczególnych jej producentów. Kto poważnie podchodzący do tematu powie publicznie, że ta czy inna whisky to „najlepsza whisky na świecie!” (we wszystkich cytatach pisownia oryginalna), że proces tworzenia Canadian Club zaczyna się od „doboru najlepszych na świecie ziaren żyta, jęczmienia i kukurydzy,” kto wreszcie z pełną odpowiedzialnością powie, że The Scotch Whisky Experience w Edynburgu to miejsce, które „rozwiewa mity i stereotypy na jej [whisky] temat”?

Żeby nie znęcać się nad całym dziełem życia kilku pań i panów spod szyldu „Whisky”, weźmy, na przykład, artykuł poświęcony regionowi Speyside, zatytułowany „Płynie tam rzeka”, z numeru zerowego pisma. Sporych rozmiarów (pół strony) zdjęcie mające ilustrować artykuł wcale nie przedstawia rzeki Spey. To nawet nie jest żadna rzeka. Ale co tam, kto się zorientuje? Jest podłużna woda, otoczona malowniczymi, pokrytymi wrzosowiskami wzgórzami, więc kto będzie dociekał czy to Spey, czy któraś z zatok morskich na zachodnim wybrzeżu Szkocji? Po co się przejmować jakąś rzetelnością? Przyjdzie głupi i to kupi, jak mawiano u mnie na wsi.

Ale brnijmy (nie inaczej!) dalej, w głąb Speyside. Już w pierwszym zdaniu artykułu, pan Hampden-White popełnia dwa błędy. Po pierwsze, wiodąca m.in. do Speyside droga A9 biegnie przez przełęcz Drumochter, nie Dramochter. Po drugie, z faktu, iż znajdująca się tuż za przełęczą Dalwhinnie jest najwyżej położoną destylarnią w Szkocji, wcale nie wynika, że droga A9 to „najwyżej położona droga w Szkocji”. Zapewniam, że wiodąca przez góry Cairngorms droga A939 z Ballater do Tomintoul – też prowadząca do Speyside(!) – znajduje się zdecydowanie wyżej. W razie wątpliwości odsyłam do mapy Ordnance Survey Landranger 37 (Strathdon). A podróżowanie nią dostarcza bez porównania więcej wrażeń i emocji. Szczególnie w listopadzie.

No dobrze, powie ktoś, że to nic nie znaczące dla treści artykułu, drobne potknięcia. Tutaj pozwolę sobie się nie zgodzić. Właśnie po takich szczegółach odróżnia się tych, którzy wiedzą o czym piszą, od tych, którzy nie wiedzą. Treści dotyczące samej whisky to blef, który da się – w razie potrzeby – przepisać od innych, znających się. A potem sparafrazować i wyjdzie na nasze. Ale nie upieram się, poszukajmy w artykule treści związanych z whisky…

Rome was built on seven hills, Dufftown stands on seven stills – to powiedzenie zna każdy, kto choć trochę więcej niż tylko otarł się o stolicę szkockiej whisky słodowej, Dufftown. Faktem jest, ukuto je jeszcze w czasach, gdy funkcjonowały Convalmore i Pittyvaich, a zanim uruchomiono Kininvie. Matematyka jest jednak prosta, nie chce być inaczej, siedem odjąć dwa dodać jeden, to zdecydowanie sześć, nie pięć. W Dufftown działają (w kolejności alfabetycznej): Balvenie, Dufftown, Glendullan, Glenfiddich, Mortlach i Kininvie. Sześć. Tymczasem autor artykułu utrzymuje, że pięć. Z uporem – pięć, również w śródtytule. Nie miał czasu sprawdzić?

Ciągle jesteśmy w artykule poświęconym Speyside. Kiedy już mamy odhaczoną Glenfiddich, autor wprowadza nowy śródtytuł, sugerujący przeprowadzkę do innej destylarni, po czym pisze: „Dziesięć mil dalej znajduje się kolejna destylarnia produkująca rocznikowe whisky oraz bogate w sherry tańsze trunki.” Ki diabeł, zapyta ktoś. Niestety, dopiero dwa akapity dalej, na następnej stronie pisma znajdziemy odpowiedź. Tymczasem możemy dedukować. W odległości 10 mil od Glenfiddich znajdują się co najmniej cztery destylarnie. Jeśli wziąć poprawkę na mało precyzyjny styl tego typu artykułów, w grę może wchodzić co najmniej tuzin zakładów zlokalizowanych w odległości 8-12 mil. Autor jednak nie zostawia nas zupełnie bez wskazówek. Oto dowiadujemy się – zanim ujawniona zostanie nazwa omawianej destylarni – że whisky stamtąd „z 1954 roku jest bardzo głęboka w smaki i całkiem inna od stworzonej rok wcześniej”! Bardzo głęboka w smaki, powiadasz pan? No to nie mam pojęcia. OK, OK, odwracam stronę i już wiem – Glenfarclas.

Następny śródtytuł, ten sam artykuł. Zgodnie z sugestią autora, „posuwamy się szlakiem whisky na północ,” docieramy do BenRiach, a tam… „Są tam whisky dojrzewające od ponad 30 lat (niektóre od 1966 roku) i dlatego możemy odkrywać wiele smaków.” Jasne, że możemy. Na przykład trunku, który „wytwarzany jest w ten sam sposób, ale dojrzewa przez 6 miesięcy (…) W rezultacie uzyskuje się whisky o głęboko różowym zabarwieniu.” No do diaska! Wszędzie indziej w Szkocji trzeba czekać trzy lata, by swój produkt nazwać whisky, a tu proszę, w BenRiach wystarczy sześć miesięcy. A może autor artykułu nie słyszał o przepisach prawnych decydujących o tym, co jest whisky, a co nią nie jest?

Następny śródtytuł, kolejna niezwykła destylarnia. Tym razem Benromach. Z poświęconych jej dwóch akapitów dowiemy się m.in., że „produkcja jest niewielka, a jej 96 proc. stanowi single malt whisky.” Ciekawe co stanowi pozostałe 4 procent. Spirytus, denaturat, czy płyn do samochodowych spryskiwaczy? Ach, przepraszam, znowu się czepiam. Już dwie linijki dalej wiadomo, że chodzi o butelkowanie tych 96 procentów produkcji jako single malt, podczas gdy „w wielu przypadkach blisko 100 proc. alkoholu produkowanego przez destylarnię jest sprzedawane w celu wytwarzania blended whisky.” Ulżyło mi, ale tylko na chwilę. No bo jeśli 96% to nie jest jeszcze „blisko 100 proc.”, to co jest? Albo po prostu jestem słaby z matematyki i nie ma sensu dzielić włosa na czworo. Jako stary cynik, zastanawiam się jednak, czy fakt, iż tak duża część produkcji butelkowana jest jako single malt, to dobrze, czy źle. Bo autor artykułu wcale nie chce mi tego powiedzieć. Z tonu wynika, że to super, że świetnie. Ja jednak zapytam naiwnie – czyli w takim razie niemal cała produkcja to najwyższej klasy destylat, leżakujący później w doskonałej jakości beczkach? A może byłem w błędzie sądząc, że tylko najlepszą część produkcji oferuje się klientom jako single malt, przeznaczając słabsze jej partie na blendy? Każdy, kto kiedykolwiek próbował whisky z Benromach, szczególnie jej podstawowych wersji, wie. A kto nie próbował, niech lepiej tego nie robi. Dla swojego własnego dobra.

Żeby uniknąć zarzutu, że czepiam się niemerytorycznych szczegółów, na koniec postawię pytanie jak najbardziej merytoryczne – skoro w Speyside znajduje się 48 destylarni, dlaczego artykuł poświęcony temu regionowi wspomina tylko o czterech? Czy naprawdę w Speyside nie ma zakładów bardziej godnych uwagi niż Glenfiddich, Glenfarclas, BenRiach i Benromach? Co stało się ze Strathisla, Aberlour, Macallan, Glen Grant, Mortlach – żeby wymienić tylko kilka? Możliwości są dwie – albo autor nie ma o nich pojęcia, nie dotarł do nich, nie doczytał – albo ma interes w tym, by promować właśnie te omawiane. I jeden i drugi przypadek dyskwalifikuje go jako eksperta. Czy znów się czepiam?

I tak można by długo. Co artykuł, co akapit, to jakiś kwiatek – albo językowy, albo merytoryczny. Co prawda, styl językowy być może niekoniecznie musi być najważniejszym aspektem tego typu czasopisma, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że członkowie zespołu redakcyjnego „Whisky” już w gimnazjum zastosowali osławioną, studencką zasadę ZZZ – zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Budowanie zdań podrzędnie złożonych to dla nich czarna magia, stąd pełno wszelkiego rodzaju „których,” „którego,” „którym,” „o których”. Samodzielne pisanie jest dla nich co najmniej tak trudne, jak tłumaczenie dzieł redaktora prowadzącego. Choć to drugie bywa zupełnie ponad ich siły. Jak inaczej uzasadnić publikację na łamach pisma notki degustacyjnej o następującej treści: „Choć jest to duża whisky, jest ona bardzo gładka i łatwa w piciu.” W głowę zachodzę jakie to owoce są „trochę tropikalne” (notka Glenrothes 1991: „Początkowo wyczuwalne przyprawy, a po nich owoce, trochę tropikalne, oraz wanilia.”) Wydaje się, że w ich mniemaniu poszczególne artykuły powstały nie po to, by ktoś je czytał, tylko po to, by uzasadnić listę płac. Małostkowe byłoby już wytykanie, że Ray Wilson pochodzi z Dumfries, a nie Dumfires (błąd na okładce czasopisma, powtórzony później w treści, czyli znowu żaden przypadek), albo że jeśli rzeczywiście „czołowi producenci kanadyjskiej whisky swoje siedziby mają w pobliżu prowincji Ontario,” to najwidoczniej w Manitobie albo Quebecu. No bo skoro w pobliżu Ontario…

Dzielnym redaktorom oddać należy jednak sprawiedliwość – drugi numer pisma (nr 1, sierpień/wrzesień 2014) to już wyraźny skok jakościowy. Mniej bełkotu, mniej nieścisłości, mniej błędów. Artykuł o polskiej whisky z Mazur nawet całkiem interesujący. Tak trzymać. Kto wie, może numer setny da się już czytać z przyjemnością. Nie zmienia to jednak faktu, że omawiane pismo, z całą swoją miałkością merytoryczną i bełkotem językowym, bardziej przypomina prowincjonalną gazetę, w której nie ma ani krzty własnego zdania, próby krytycznej analizy zastanej rzeczywistości, tylko powtarzane w kółko zachwyty nad status quo – żeby przypadkiem nie urazić reklamodawców.

Artykuł o festiwalach whisky nie wnosi nic więcej, niż wniosłaby tabelka zawierająca najważniejsze fakty dotyczące poszczególnych imprez. Uczniowie podstawówek robią taki transfer informacji w ramach ćwiczeń. A z kolei, czytając artykuł o Cragganmore można by odnieść wrażenie, że ichniejsze Visitor Centre to prawdziwy ośrodek turystyczny – „(…) Turyści nie tylko zwiedzają gorzelnię. Nie mogą narzekać na brak atrakcji w okolicy. Umożliwia się im również połowy łososia w rzece Spey, strzelanie do rzutków, jazdy off road czy jazdy konne. Czeka też na nich pobliska kolejka linowa w górach Cairngorm oraz podróż koleją przez Highlands, podczas której można napawać się wspaniałymi, górskimi widokami.” Że co? Ktoś, kto to pisał, ewidentnie nie był w Cragganmore bez zapowiedzenia, jako zwykły turysta, w normalnych godzinach pracy VC. Polecam spróbować, ale lepiej na wszelki wypadek najpierw zaplanować sobie jakieś alternatywne zajęcie na ten dzień.

Wątpliwości budzi również układ graficzny pisma. Ponad siedemdziesiąt stron, nawet jeśli odjąć kilka stron poświęconych na reklamy, powinno zapewnić lekturę na co najmniej kilka wieczorów. Tymczasem „Whisky” demonstruje nonszalanckie wręcz marnotrawstwo miejsca. Zdarza się, że na jednej stronie znajdziemy krótkie(!) notki degustacyjne dwóch, a czasem tylko jednej whisky. Ogromne marginesy, czcionka gigantycznej wielkości , zdjęcia tak duże, że wydaje się momentami, iż mamy do czynienia z albumem fotograficznym, a nie fachowym pismem. Tak można wydawać materiały reklamowe (czym de facto „Whisky” zdaje się być), rozdawane potencjalnym klientom bezpłatnie, a nie pismo, na okładce którego ośmielamy się drukować cenę. Numer zerowy przeczytałem – od deski do deski – przy śniadaniu (jednym!), z numerem pierwszym uwinąłem się przed kolacją.

Największym jednak mankamentem „Whisky” wydaje mi się być brak określonej wizji pisma i jasno zdefiniowanej grupy docelowej. Dobór materiałów jest chaotyczny, niezwykle wybiórczy, oczekiwany poziom ekspercki potencjalnego czytelnika – niewiadomy. Z jednej strony, notki degustacyjne mało powszechnych i trudno dostępnych whisky sugerowałyby adresowanie pisma do zaawansowanego konesera, z drugiej strony, pytania w stylu: „A czy dostrzegasz jakiekolwiek różnice między whisky produkowaną w Szkocji i tą z Irlandii?” (zadane w wywiadzie w Rayem Wilsonem) wręcz uderza infantylnością. W wielu miejscach autorzy zakładają gruntowną wiedzę na temat whisky u swoich czytelników, w innych schodzą na poziom gazetki reklamowej Lidla. Proszą o wypowiedź szefa The Whisky Exchange, którego możemy podejrzewać o fachowość, by za chwilę, bez cienia żenady przetłumaczyć jego wypowiedź: „(…) wystawiliśmy na sprzedaż jedną beczkę Clynelish 1995, whisky dojrzewającej w beczce po sherry, wyprodukowanej przez Signatory. Coraz trudniej znaleźć pojedynczą beczkę tej marki, więc gdy znalazłem jedyną, która dała 622 butelki, byłem bardzo szczęśliwy.” No nie, beczki Clynelish nigdy nie występują pojedynczo. One zawsze zbierają się w bandy.

Naprawdę chciałem znaleźć coś pozytywnego, naprawdę szukałem. Ale i naprawdę (naprawdę!) nie przytoczyłem i nie wyśmiałem całej żenady zawartej w obu numerach. Pomyślałem sobie, że gdybym pieniądze przeznaczone na prenumeratę czasopisma „Whisky” wydał trzy razy w roku (co cztery miesiące – dwa numery „Whisky”) na jakąś butelczynę z Biedronki, to co prawda mój portfel zubożałby o tę samą kwotę, ale wpłynęłoby to zdecydowanie bardziej na polepszenie moich stosunków ze światem whisky, niż lektura tego periodyku.


[R.M.]


Zapraszam do dyskusji na naszym Forum.




R E K L A M A