UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
19.04.2026 Sunday 22:02 
2015.04.24

Jim McEwan odchodzi

W ostatnich dniach internet obiegła wieść o planowanym na lipiec tego roku przejściu na emeryturę Jima McEwana. Tym samym ze świata whisky odejdzie jedna z większych legend, a Bruichladdich zapewne nieprędko dorobi się kolejnego ambasadora marki o podobnej charyzmie, zapale twórczym i rozpoznawalności. Jim McEwan spędził całe swoje dorosłe życie pracując w przemyśle gorzelniczym, jest rodowitym mieszkańcem Islay, a destylarnie Bowmore – gdzie zatrudnił się w wieku 15 lat i pracował do 2000 r. – i Bruichladdich zawdzięczają mu więcej niż same chciałyby przyznać.

W związku z tym, że internetowe doniesienia na temat jego planowanego przejścia na emeryturę aż ociekają patosem, pozwolę sobie napisać o nim może nieco mniej wzniośle, z osobistej perspektywy człowieka, którego Jim McEwan kilkakrotnie osobiście bezlitośnie upił, po czym wręczył jeszcze kolejną butelkę „na drogę”. Albo i kilka.


Nasz emeryt in spe polewa czterokrotnie destylowaną Perilous Whisky.

Bruichladdich przez długie lata była destylarnią, która owszem, znajduje się na Islay, ale pies z kulawą nogą nie zająknął się nigdy na jej temat gdy mowa była o wspaniałych, legendarnych whisky z tej wyspy. Jak pamięcią sięgnąć, królowały Lagavulin i Laphroaig, czasem wspominało się o Bowmore, a Ardbeg była starą, niemal zapomnianą legendą. Podobnie jak Port Ellen. I przyszedł rok 2000, jedna z wiodących niezależnych firm butelkujących whisky, Murray McDavid, kupiła Bruichladdich, zainwestowała w jej renowację, a pracujący wówczas w Bowmore Jim McEwan objął w niej stanowisko dyrektora produkcji. No i zaczęło się.

Kiedy po raz pierwszy zawitałem w progi Bruichladdich, rewolucja, na czele której stał Jim, zdążyła już przynieść wymierne efekty. O Bruichladdich mówiło się, i to mówiło dobrze, a ich standardowa dziesięciolatka stała się standardowym wyposażeniem każdego szanującego się barku.


Ta sama Perilous Whisky polewana przez tego samego Jima McEwana kilka lat później, już z butelki.

Destylarnie whisky to niewielkie zakłady, w których wykonuje się konkretną robotę, i nie ma tam miejsca na blichtr bycia szefem – pięknie urządzone biura, sekretarki, kserokopiarki, pionowe żaluzje w oknach, dywanową wykładzinę na podłodze. Szczególnie wyraźnie widać to właśnie na Islay, gdzie szefów destylarni spotkać można najczęściej „na produkcji”, gdy doglądają fermentacji, pilnują wyładunku słodu, czy toczą napełnione właśnie beczki do magazynu. Niejeden gość zdziwił się, kiedy wreszcie zorientował się, że ten koleś w nieco zniszczonym ubraniu roboczym to właśnie tutejszy drugi po Bogu. Dokładnie tak poczułem się, gdy na któreś z moich bardziej dociekliwych pytań oprowadzająca mnie przewodniczka powiedziała, że ona może lepiej zawoła Jima, po czym za chwilę sam Jim pojawił się w drzwiach Visitor Centre. W wytartych jeansach, bawełnianym T-shircie. Reszta jest już legendą.


Bywało, że whisky w Bruichladdich dojrzewała w beczkach po Château d'Yquem.

Miałem mnóstwo pytań, lecz z wrażenia nie bardzo potrafiłem ich zadać. Jim wiedział jak mi pomóc poradzić sobie z tym problemem. Wkrótce znaleźliśmy się w jego ulubionym magazynie, w którym leżakowały beczki whisky z różnych destylarni, w którym sam Mistrz eksperymentował z różnego rodzaju beczkami, finiszowaniem, mieszaniem, itp. Nie potrafię odtworzyć listy „przerobionych” wówczas whisky. Ani z jakich przedziwnych beczek pochodziły. Była wśród nich, naturalnie, Bruichladdich, ale była też Glen Scotia, Mortlach, Lagavulin i wiele innych. Były whisky leżakowane dodatkowo nie tylko w beczkach po sherry, porto, czy maderze, ale także rumie, calvadosie, czy czerwonym winie. Kilka beczek po Château d'Yquem, napełnionych doskonałą whisky, było szczególnym powodem do dumy mojego gospodarza.


Tutaj się trochę narozlewało.

Skakaliśmy tak od jednej beczki do drugiej, Jim raz po raz irytował się, że nie może znaleźć czystego kieliszka – a przecież gdzieś tutaj był! – i rozmawialiśmy. O pracy w Bowmore i powodach przeniesienia do Bruichalddich, o niesławnej aferze z FWP w niektórych wersjach Bowmore, o Malt Maniacs, o nowych możliwościach, jakie daje niezależność Bruichladdich, o kolejnych wersjach produkowanej tam whisky, bitych rekordach, planach na przyszłość. Już wtedy Jim zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że jeśli Bruichladdich ma odnieść sukces, to musi diametralnie zmienić taktykę rynkową – nie można dłużej ograniczać się do jednej podstawowej wersji whisky, a resztę sprzedawać na blendy, ewentualnie od czasu do czasu wypuszczać jakąś starszą, limitowaną edycję. Jim porównywał swoją rolę do pracy kreatora mody – co roku musiał wypuścić nową kolekcję, regularnie zaskakiwać konsumentów nowościami. Jasne, że w tym szaleństwie była – i jest – metoda. Mając w ofercie kilkanaście różnych edycji, łatwiej zwiększyć sprzedaż, nawet kilkakrotnie, niż utrzymywać ofertę ograniczoną do dwóch-trzech wersji. Kto z nas nie skusił na kupienie kolejnej dziesiątki, szesnastki, Infinity, Rocks, „żółtej łodzi podwodnej”, mimo iż w barku już miał jakąś butelkę Bruichladdich. Ten sam cel – zwiększenie sprzedaży – miały wszelkie chwyty marketingowe, stosowane z upodobaniem przez nowych właścicieli destylarni – a to kamery internetowe zainstalowane w pomieszczeniach produkcyjnych i tak bardzo nagłośnione zainteresowanie ze strony CIA, a to najbardziej torfowa whisky świata, a to najmocniejsza, czterokrotnie destylowana whisky, a to znowu instalacja nowego, nietypowego alembika, a to plany uruchomienia produkcji w Port Charlotte, reaktywowania dawno zapomnianej, siostrzanej destylarni. Gdzieś za tym wszystkim zawsze stał Jim McEwan, to on w dużej mierze był spiritus movens przedsięwzięcia. Jak mi powiedział, pracę w Bowmore wspomina bardzo dobrze – spędził tam wszak najlepsze lata swego życia, tam nauczył się wszystkiego, co było do nauczenia się o produkcji whisky – jednak tu, w Bruichladdich, może wreszcie rozwinąć skrzydła, bawić się robieniem whisky. Bez sztywnego gorsetu ograniczeń narzucanych przez wielką, międzynarodową korporację, do której należy Bowmore. Bez konieczności niewolniczego trzymania się planów wielkości sprzedaży z metra kwadratowego powierzchni produkcyjnej. Z dzisiejszej perspektywy, gdy obserwujemy działania tuzów tego przemysłu, wygląda na to, że miał absolutną rację.


Ten sam Jim, inny magazyn.

Trzeba tutaj oddać Jimowi sprawiedliwość – nie robił tego tylko i wyłącznie dla zabawy. Wiele z tych działań, szczególnie jeśli przyglądamy się im z perspektywy kilku tysięcy kilometrów, wyglądało mało poważnie, czy wręcz śmiesznie. Bruichladdich często była krytykowana za chaotyczność swojej oferty, nieprzewidywalność, nierówną jakość butelkowanych whisky. Jednak z perspektywy Islay, wyspy zamieszkanej przez nieco ponad trzy tysiące ludzi, te kilkadziesiąt miejsc pracy, do których utworzenia walnie przyczynił się Jim, to naprawdę dużo. W tak niewielkiej społeczności, żyjącej w tak niesprzyjających warunkach klimatycznych, przede wszystkim dba się o siebie i sąsiadów. I jak mawiał sam Jim, to był jego priorytet.


Tylko starannie zamknij za sobą...

Z Jimem spotkałem się jeszcze nie raz, i zawsze miał czas dla mnie i moich współtowarzyszy. Zawsze znalazł gdzieś w kieszeni klucz do kolejnego magazynu, zawsze znalazł jakąś beczkę, którą dało się otworzyć, zawsze gdzieś na zakurzonym parapecie znalazło się jakieś szkło. I to nie żebym ja był jakoś szczególnie hołubiony, otaczany specjalną troską w Bruichladdich. Nie, w otwarte ramiona Jima wpadał każdy, kto się nawinął i sprawiał wrażenie obeznanego z tematem choć trochę więcej niż tylko znajomość z jasiem wędrowniczkiem. Inna rzecz, że nie zawsze pamiętał jak się z nich wydostał, ale to zupełnie osobna historia.


Sprawdźmy jak dojrzewa ta Bruichladdich w beczkach po Yquem.

Wiele artykułów pojawiających się w internecie, a poświęconych przejściu Jima na emeryturę, brzmi jak epitafia. Patrząc na powyższy tekst, mam wrażenie, że i ja wpadłem w tę pułapkę. Cóż, nie codziennie odchodzi prawdziwa legenda. Tylko czy naprawdę odchodzi? W tajemnicy powiem, że Jim McEwan mieszka tuż obok destylarni, w Bruichladdich, tam jest jego dom, tam są jego korzenie. Nie potrafię sobie wyobrazić, że zupełnie się od niej odwróci.


Na koniec pamiątkowa focia.

[RM]
Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum autora.

R E K L A M A