UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
19.05.2026 Tuesday 10:12 
2015.08.04

Wielki test NASów (cz. 2)

Czas dokończyć, może nawet spuentować.

10. Aberlour 2004 White Oak, 40%



Ta wersja Aberlour znowu wywołała kontrowersje. Przynajmniej w ocenach. Tym razem drugą stronę. Ale po kolei.

W aromacie tejże znalazły się: mydło brzoskwiniowe, babcine perfumy kupione na bazarze, mydło. Poza różnymi rodzajami tanich, mydlanych kosmetyków, w aromacie tej whisky nie dzieje się nic. Może trochę kwitnącego rzepaku (mdły), jakaś subtelna kwiatowa słodycz. Przede wszystkim jednak wszechobecne wrażenie wejścia do zatęchłej toalety w jakimś zapadłym ośrodku wypoczynkowym, gdzie gospodarz desperacko próbuje zabić syf ogromną ilością tanich środków chemicznych. Obrzydliwie. Ktoś inny powiedział, że prymitywnie ale przyjemnie, silnie słodko, lipa, bardzo dojrzała gruszka, suszone mango, papier czerpany, pergamin.

W smaku też rewelacji nie było. A i zbytnich rozbieżności w jego analizie. Z jednej strony – lekka, wodnista, bez charakteru. Gdzieś tam echa zmęczonych, zużytych do cna beczek po sherry – trochę rodzynek, cierpkość starego drewna. Może trochę wanilii i pomarańczy. Z drugiej – całkowita neutralność, wodnisty, słodkawy, waniliowy, drewno nieźle ukryte, bita śmietana (?), w zaskakująco wyraźnym finiszu przyprawy kuchenne, gałka muszkatołowa, szczypta imbiru, po kilku minutach wracają gruszki (!) tym razem mniej dojrzałe.

Ostatecznie, ktoś ocenił tę whisky na 3 pkt., twierdząc że chyba lepsza od oficjalnej wersji 12-letniej. Ktoś inny dał 1 i kropka. Ktoś jeszcze inny – 1, określając Aberlour White Oak jako dużo wody z łyżeczką miodu akacjowego, rzecz bez sensu kompletnie, niedobre. I tyle w temacie.


11. Ardmore Traditional Cask, 46%



Ach, te wszystkie „traditional”, „old”, „special”… Aż dziw, że ktoś się jeszcze na to nabiera.

W aromacie „tradycyjnej” Ardmore znaleziono mnóstwo zboża, bardzo dużo alkoholu, określono go jaki płaski, młody, chropowaty, nieciekawy. A potem zrobiło się ciekawiej – trochę skisłego mleka, wymiociny niemowlęcia. I można powiedzieć, że aromat zrobił się złożony. Ktoś inny znalazł tu cytrynowe dymy, wędzone bandaże, lekarstwa, polopiryna, oliwki, awokado, odrobina kwaskowatych łodyg, niuans starej, sparciałej gumy. Kozacka ta whisky, nie ma co. Tak tradycyjnie kozacka.

W smaku waniliowo słodko, chropowato, alkoholowo – aż pozostaje poszukać tych wymiocin. Póki co, słodycz jest cukrowa, chamska, bez wyrazu, i walczy o miejsce na pierwszym planie z alkoholem. Ktoś inny mówi, że pierwsze uderzenie w jego typie, wanilia, dym, sernik, soczysta kalarepa... po chwili większa warzywność na bokach języka, ukłucie soli, wędzone bakłażany, dym chwilowo w odwrocie, pojawia się za to lignina i dębowe garbniki, atakuje źle zintegrowany dym torfowy, przypominający mi nieszczęsnego Ardboga... w bardzo krótkim - jak na dymną whisky - finiszu przede wszystkim popiół i skrobia (słodkie ziemniaki?).

Oceniono na 2 pkt. Jeden z degustatorów podniósł do 3 pkt. „ze względu na całkiem sensowny zapach.” Jego prawo.


12. Edradour 2006 Super Tuscan, Batch 1, 46%



Edradour, klasyczny przykład jak można spieprzyć bardzo przyzwoitą whisky, jeśli się człowiek uprze i wszystko zechce zabutelkować jako single malt. Ostatnimi czasy mam wrażenie, że nawet jak im się gdzieś tam trochę brzeczki, zacieru, czy destylatu wyleje na podłogę, to wycierają ścierką, którą potem wykręcają nad odpowiednim zbiornikiem. Tak czy inaczej, Super Tuscan z Edradour…

W aromacie ewidentnie słodkie winne naleciałości. To nie mogło umknąć nikomu. Po za tym, sztuczne konwalie i sztuczny miód, pyłki kwiatowe, aromat gęsty, chwilami nieomal duszący, nadzienie różane, niby poprawny, a jednak rodzący różne brzydkie podejrzenia… Ktoś inny, z kolei, wyraził podejrzenie, że te beczki, które przyjechały do Edradour z Toskanii, wcale nie przyjechały puste, że tego wina tam niemało zostało, nikt go nie wylał, tylko dopełniono miejscowym destylatem. No i doszedł – ten ktoś inny, z kolei – do owych brzydkich podejrzeń tego pierwszego (choć dzieliło ich jakieś 400 km). Powiedział: „Być może to włoska (toskańska) sugestia, ale wyraźnie czuję tu gęsty, śmietanowy sos do makaronu na bazie czerwonego wina. A może i sam makaron? Suszone w słońcu pomidory? Nie, to musi być sugestia.” No bo jeśli ten sos i makaron już przetrawiono…

W smaku byłą mdła słodycz i niesmaczna ekstrawagancja – whisky schowana za ścianą smaków rodem z niedobrych, ordynarnie deserowych win. Komu innemu udało się znaleźć akcenty alkoholowe o nieprzyjemnej, rozpuszczalnikowej charakterystyce. Plus czerwone owoce na początku i pod koniec. Jakby wracały. No, do diaska, co to z skojarzenia?

Edradour Super Tuscan oceniana została na 1 - 2 pkt. Choć sam nie wiem czy te dwa to nie zbytek hojności.


13. Benromach Peat Smoke, 46%



Ach, dajcie mi torf, a zagłuszę wszelkie niedostatki zarówno destylatu, jak i maturacji! A jeśli jeszcze ujawnię na etykiecie, że w mojej whisky znajdziecie fenole na poziomie 67 ppm, czyli więcej niż w Ardbeg (!), no to już można organizować komitety kolejkowe przed sklepami sprzedającymi mój specyjał. I nikt nie będzie pytał o smak, aromat, harmonię, balans. Byle był torf!

W opisie aromatu zupełnie pominę przewidywalne wszak akcenty dymu, torfu, bla, bla, bla. Jeden z degustatorów poszedł na całość. Ale najpierw się przeraził. A co go tak przeraziło? Zwłoki przechowywane w blaszanych kadziach w formalinie, bandaże, piece krematoryjne, mumie, głębokie studnie, krochmal, prosektorium, stare pralnie w piwnicach poniemieckich budynków, pokruszone cegły. Ja już nic nie powiem na temat tej Benromach.

W smaku znaleziono słodycz owocową, wanilię, twarogowe dymy, echo miodu skąpanego w świeżo wyciskanym soku pomarańczowym z paroma kroplami cytryny. A potem skwaśniała serwatka. A potem chaotyczna galopada po podniebieniu coraz to mniej miłych akcentów smakowych.

Oceniono na 2,5 – 3 pkt.


14. Isle of Jura Turas-Mara, 42%



Kolejna Jura, tym razem o niezwykle tajemniczo brzmiącej nazwie Turas-Mara. Zaczyna to trochę przypominać historię o człowieku, który chciał mieć wytatuowane fajne chińskie znaki. Po jakimś czasie okazało się, że to menu chińskiej restauracji. Turas-Mara to po gaelicku „długa podróż”. Whisky ma przypominać o tych wszystkich mieszkańcach wyspy, którzy wyemigrowali do Ameryki Północnej w XVIII i XIX wieku. Niech i tak będzie, tym bardziej że ta edycja dostępna była (jest?) w sklepach na lotniskach, promach, itp.

Jeśli chodzi o aromat tej wersji Isle of Jura, to jeden z degustatorów był raczej na tak. Mówił, że aromat jest zaskakująco pełny, złożony, ciepły. Znalazł w nim akcenty wanilii, owoce, arbuzy, dojrzałe wiśnie. Po chwili akcenty drewniane, lakier, skóra, garbniki. Na koniec dość mało przyjemne, alkoholowe akcenty wiśni w czekoladzie, a właściwie likieru wiśniowo-czekoladowego. Ktoś inny był mniej łaskaw, choć i tu były elementy zaskoczenia – lebioda, łopian, świeżo cięte deski, duża doza akcentów drogeryjnych, zaskakująco złożony, leśne kwiaty (konwalia?), szczaw, jest także rześki podmuch od bezkresnego jeziora... kiszonki? Ktoś jeszcze inny, bardzo lakonicznie stwierdził, że Turas-Mara jest winno-mocznikowa (to chyba nie komplement), odrobinę delicjowa, delikatnie morska, wyspowa.

Smak – który to już raz w ramach tej zabawy? – rozczarował wszystkich. Okrutnie, jeśli wziąć pod uwagę końcowe oceny, w tym również tę wystawioną przez naszego pozytywnie (do aromatu) nastawionego kolegę. Stwierdził on, że wszystkie przyjemne akcenty przykrywa bardzo nieprzyjemna, szorstka warstwa młodego, niedojrzałego alkoholu. Ktoś inny określił smak jako klasykę papieru z cukrem-pudrem, a znalazł w nim też m.in. obrzydliwy, sztuczno-chemiczny finisz... na szczęście krótki. Finisz u jeszcze jednej osoby był bagnisto-ziemisty, „jak pachwina Turczynki.” Nie wypada wnikać skąd znajomość takich szczegółów.

Tak czy inaczej, ta wersja Isle of Jura oceniona została dość zgodnie na 2 pkt., tylko kolega od tureckich klimatów dał jej 3 pkt. – jak widać, jemu pasuje.


15. Dalmore Spey Dra, 40%



No, to cudo – mam na myśli nazwę – to już musieli wymyślić spece od marketingu w centrali Whyte & Mackay. Spey Dram, powiadacie? No to ja zapraszam do Szkocji (warto się tam kiedyś wybrać, naprawdę), do destylarni Dalmore, a potem polecam poszukać rzeki Spey w okolicy. Kogóż to jednak obchodzi? Wszak dolina rzeki Spey – region Speyside – słynie z najlepszych whisky, podklejmy się więc pod nią. A nuż nikt na mapę nie będzie spoglądał i nie zauważy, że użyć Spey w nazwie Dalmore to tak, jak twierdzić, że Szczecin znajduje się nad morzem. A Lublin na Mazurach.

W jej aromacie znaleziono młody, chropowaty alkohol, przez który przebija się jakieś mokre, świeże drewno, żywica i jakaś zgnilizna. Jakieś tam młode orzechy włoskie, trochę suszonych owoców. Ktoś inny – mdłą słodycz, celulozę, karmel, rodzynki. I zastanawiał się czy istnieją sztuczne „wzmacniacze aromatu” w whisky. Bo jeśli istnieją, to tutaj jest ich całe mnóstwo. Tuż obok sztucznego miodu, wosku i owocowych obierzyn. Jeszcze ktoś znalazł tu kompostownik i stare śmieci. Zgodny był z poprzednikiem co do celulozy.

W smaku Dalmore odnaleziono dużo dobrego. A to dobrze osłodzony wywar z desek i kleju biurowego, a to kwintesencję baby-vomit, lekkie wymiocinki po Gerberze, a to wreszcie papier i stary karton. Na temat finiszu ktoś powiedział, że „kończy się to paskudną goryczą, połączoną z efektem taniej gorzały na podniebieniu.”

No i się chłopaki rozszaleli wystawiając noty… Jeden dał 1,5 pkt., drugi dał 1,5 pkt., trzeci dał 2 pkt., czwarty dał 2 pkt… Aż trudno uwierzyć, ale znalazł się też ktoś, kto dał 3 pkt. Czyste szaleństwo.


16. Bunnahabhain Cruach-Mhona, 50%



Whisky pochodząca z destylarni Bunnahabhain słynie z tego, że jest bodaj najmniej torfową whisky z Islay. Jeśli nie liczyć pewnej edycji beztorfowej Caol Ila, czy Ardbeg Blasda, rzecz jasna. Producent przestraszył się, że wypuszczenie edycji torfowej może odstraszyć rzesze wielbicieli Bunnahabhain i dlatego informację o torfowości tej whisky – dostępnej tylko na lotniskach, promach, itp. – postanowił ukryć przed konsumentem. Jednak bardziej dociekliwy złośliwiec dotrze do sedna i zwieść się nie da – Cruach-Mhona znaczy po gaelicku „sterta torfu”, a więc jakiegoś wysokiego pepeema można się w niej spodziewać. To chyba na plus – czy nie? Na pewno na plus trzeba zaliczyć fakt prawie kaskstrenczności tej whisky. Piszę „prawie”, gdyż trudno uwierzyć, że whisky trafiła dokładnie w pięćdziesiątkę abv tak sama z siebie.

Cóż nasi nieustraszeni pogromcy NASów znaleźli w tej edycji? Jej aromat opisano jako „młodocianą, torfową sucz.” Ktoś określił ją– wspominając z rozrzewnieniem stare, nisko-torfowe whisky z Bunnahabhain – jako klon Ardbeg Ten. I to chyba też nie był komplement. Ktoś inny doszukał się w niej – poza standardowymi islay’owskimi akcentami – zjełczałych serów, zdechłych skorupiaków, parafiny. Żeby oddać sprawiedliwość Cruach-Mhona, gdzieś tam pod tymi ardbegowo-laphroaigowymi akcentami czai się całkiem przyjemna słodycz – kandyzowana gruszka, skórka cytrynowa, słód. Ach, byłbym przegapił! Znalazła się jeszcze jedna sucz – nasz specjalista-kynolog określił tę edycję jako „gorzelnianą sucz”.

Smak. Agresywny, bardzo agresywny. Młodość destylatu, wysoki poziom fenoli, a na dodatek wysoka zawartość alkoholu, zwyczajnie palą język i podniebienie. Ktoś inny znalazł soczyste, podwędzane i solone kalarepy, uderzenie torfu oraz soczystej wanilii – krótkotrwałe, choć miłe to doznanie... drożdże, pieczone ziemniaki z ogniska, przepalanka na cukrze, nawet akcenty śliwowicy. A ktoś jeszcze inny – chamski torf, odrobinę słodyczy i przypalone skórki ziemniaków z ogniska. Finisz uznano za źle zbalansowany, silnie torfowy, bardziej wytrawny niż smak.

Przyszło i ten wyrób ocenić. Jedni dali zgodnie po 1,5 pkt. Kolega kynolog – aż 3 pkt.


17. Fettercairn Fior, 42%



Fettercairn pochodzi z tej samej stajni, co Dalmore i Jura (Whyte & Mackay), więc do Fior trzeba podejść ostrożnie. Kolejna whisky, której marketingowcy chcą nas skusić gaelicko-brzmiącą nazwą. Nawet jeśli nazwą tą miałoby być słowo „prawdziwy”. No, może wreszcie jakaś prawdziwa whisky…

W aromacie znaleziono karmel, kawę, korzenie, migdały, toffi, kandyzowane owoce egzotyczne. Ale po chwili dostrzeżono również woskowy, intensywny aromat pasty do podłóg. Ktoś inny stwierdził, że jak dla niego, to tutaj jest kompost, ciężkie wino, kleje biurowe, linoleum, konfitury ze słodzikami i popleśniałe orzechy laskowe. Kolejny degustator znalazł tam celulozę, kompostownik, omszałe, mokre kamienie i silikon. Nie wróży to dobre prawdziwej whisky z Fettercairn.

W smaku znaleziono cukierki kopiko i jabłko antonówkę, a poza tym to płasko tam, jak na amerykańskiej pustyni Black Rock. Ktoś inny znalazł słodkawe wina mołdawskie, ciężkie, dość mdłe i przytłaczające... po chwili wyraźne nuty wędzone, mięsne, niedojrzałe orzechy włoskie. Ktoś inny stwierdził, że smak jest cierpki, słodko-kwaśny, z przewagą kwaśnego, z akcentami popsutego mięsa, odrobinę winny, lekko torfowy. Finisz gorzki, taniczny, a w nim mokre papiery, wysysany sznurek – przez długą chwilę naprawdę nieprzyjemne doznanie.

Rozrzut ocen niespotykany – od 2 pkt. do 2,5 pkt. Miała być prawdziwa whisky, a okazało się, że mamy do czynienia z prawdziwą Fettercairn.


18. Tomatin Cù Bòcan, 46%



Mimo iż destylarnia Tomatin jest ogromną – do niedawna największą – fabryką whisky słodowej, w niczym nie przypominającą maleńkich manufaktur w stylu Edradour, Ardbeg, czy Glengoyne, to jednak ma na koncie kilka ciekawych, godnych uwagi edycji. Głównie starszych, bardziej wiekowych. No ale jedno jest pewne – w Tomatin potrafią robić whisky. Jak tylko zechcą. Tym razem jednak postawiono na psa-zjawę (Cù Bòcan), który to swego czasu nawiedzał wioskę Tomatin, by za dotknięciem ręki pracownika destylarni zamienić się w złowieszczą mgłę i rozwiać nad wrzosowiskami. Bla, bla, bla…

Aromat tej whisky rozgrzał do czerwoności. Jeden mędrek smęcił, że przez silne akcenty farby olejnej z trudem przebijają się nutki cytrusowe – pomarańcze i grapefruity. Poza tym, kiepskiej jakości, zgrzebny alkohol. Może trochę wanilii. Ciekawe jak długo nad tym myślał. Inny znalazł tam skórki cytrynowe, oliwę, lekkie nuty wędzonych jabłek, tłuszcz z faworków, mentolowe, lekko ziołowo-letnie klimaty. No, trochę lepiej. Ale jak zgłosił się do nas ten, który w aromacie Cù Bòcan znalazł osłodzony ludzki pot, to już nawet clowny przestały się śmiać, żeby tak zacytować klasyka. Rokowania co do psa są wyraźnie kiepskie.

Smak. Wcale się nie poprawiło. Jedno podniebienie zdominowane zostało przez paskudną, chropowatą gorzałę w otoczeniu może jakiejś wanilii, może jakichś cytrusów, jakichś orzechów. Trudno jednak powiedzieć, bo podniebienie i przełyk opanowane zostają natychmiast przez akcenty rodem z ciepłej siwuchy. Paskudztwo, jakich mało. Inne podniebienie wykryło korzenie, ciasteczka i herbatę z miodem, po chwili zostało lekko ściągnięte, jakąś dębczakowo-liściastą cierpkością, na języku pozostały posmaki herbaciane i wiklinowe… im dalej tym słabiej, sztuczność granulowanego kwasku cytrynowego, finisz na szczęście krótki, z posmakiem gumowej uszczelki od starej oranżady. Zwłaszcza ten posmak pobudza wyobraźnię. Ktoś jeszcze inny stwierdził, że Cù Bòcan smakuje jak posłodzona woda, w której myte były owoce.

Sądząc po opisach, skali powinno zabraknąć dla tej whisky. Oceniono ją jednak na 1, 1,5 i 2 pkt. Tomatin zeszła na psy? Choćby tylko widmowe?


Tyle wymądrzeń piątki, w porywach szóstki kolesi, szumnie nazywanych czasem w tekście degustatorami, na temat oferowanych obecnie whisky NAS. Obraz, który się maluje… no sam się maluje za siebie! Co tu dużo mówić? Jak ja się oburzałem, gdy pierwsze miejsca w różnego rodzaju konkursach i bibliach – mniej czy bardziej prestiżowych – zdobywały jakieś popłuczyny z Dalekiego Wschodu, Kawalany przebrzydłe i Karuizawy mdlące. Jak się człowiek taplał w limitowanych wypustach, niezależnych rozlewach – najchętniej tych butelkowanych 15 i więcej lat temu – to trudno się dziwić, że stracił kontakt z rzeczywistością. A rzeczywistość woła o pomstę do nieba. Drze się jak Piekarski na mękach! No bo wystarczy poszperać w internecie i spróbować zliczyć ileż to nagród przeróżnych zdobyły opisywane wyżej whisky… Sam zrobiłem to już po fakcie. Okazuje się, że trudno wśród nich znaleźć taką, która by jakiegoś medalu nie dostała, przynajmniej srebrnego. Żeby daleko i długo nie szukać, taka Fettercairn Fior (38,53 GBP w detalu) zdobyła złoty medal w konkursie International Wine & Spirit Competition w 2014. W kategorii Scotch Single Malt – Highland. W innym konkursie – International Spirits Challenge 2014 – otrzymuje srebro w kategorii Distillers’ Single Malts 12 years and under. To tak gdyby ktoś się pytał ile lat może mieć whisky w tej butelce. Tomatin Cù Bòcan dostała Silver-Outstanding w International Wine & Spirit Competition w 2014 w kategorii Scotch Single Malt – Highland. Macallan Sienna to zdaniem Jima Murray’a whisky warta Liquid Gold Award w 2014. Laphroaig Triple Wood otrzymała złoty medal w konkursie San Fancisco World Spirits Competition w 2013 w kategorii Single Malt Scotch – to 12 years. W tym samym konkursie Glen Garioch Founder’s Reserve też dostała złoto. I tak dalej. Naprawdę długo jeszcze można by wymieniać. Jeśli więc reszta szkockiej produkcji jest jeszcze słabsza…

[R.M.]

R E K L A M A