UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
19.04.2026 Sunday 16:30 
2016.03.23

Pisać każdy może...

czyli czym się różni BoW od innych miejsc w internecie poświęconych whisky

Mówią, że papier cierpliwy jest, wszystko przyjmie. Za to internet, z tego to dopiero twardziel. Okazuje się jednak, że przy wszystkich swoich niezaprzeczalnych zaletach, uczynił ogromną szkodę niejednemu użytkownikowi. Oto nagle okazało się, że każdy z nas – ale to absolutnie każdy – może bezkarnie napisać co chce, opublikować to, i wpatrując się z uwielbieniem w swoje słowa na ekranie komputera uwierzyć, że to mądre jest. Wszak wygląda dokładnie tak samo, jak tekst napisany przez największy nawet autorytet. Co więcej, żeby zdobyć jak najszerszą rzeszę czytelników, wystarczy zapisać się do jednej z grup dyskusyjnych, łączących ludzi o wspólnych zainteresowaniach – i hulaj dusza! W imię poprawności politycznej nikt nam nie zabroni publikować tam najgłupszych nawet tez i ocen. Ach, demokracja…

Zapomnijmy więc na chwilę o poprawności politycznej i spróbujmy rozprawić się z kilkoma zjawiskami, nagminnie występującymi w internecie, a podnoszącymi ciśnienie niemal każdemu, kto się z nimi styka. Miałem tu zaznaczyć, że chodzi o zjawiska związane z whisky, ale w zdecydowanej większości da się je zastosować do wszelkiego piśmiennictwa internetowego – zarówno na blogach, jak i na wszelkiego rodzaju forach internetowych i serwisach społecznościowych. Przykłady z naszej branży, żeby nie było nie na temat. Co więcej, są to przykłady, które wpadły mi w oczy w ciągu ostatnich kilku dni, najwyżej tygodnia.



W Kildalton na wyspie Islay



Moje najnowsze nabytki (podpis pod zdjęciem dwóch butelek - Laphroaig 10yo i Caol Ila 12yo)

Sytuacja aż nadto dobrze znana bywalcom fejsbukowej grupy Malt Maniacs & Friends. Pełen entuzjazmu młody adept sztuki degustacyjnej właśnie kupił sobie dwie nowe butelki. Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby go przed podzieleniem się dobrą nowiną z całą resztą świata. Nie ma tu miejsca na refleksję, że może to żaden wyczyn, że takie butelki po prostu kupuje się na co dzień i zwyczajnie wypija – ze znajomymi lub do lustra – na całym świecie. Bo i na niemal całym świecie są dostępne. Tak jak dostępny jest również internet. I na ekranach komputerów użytkowników w każdym zakątku globu pojawia się ta informacja. Za chwilę kolejna, od jeszcze jednego szczęśliwca, który właśnie kupił sobie Glenmorangie Original. I jeszcze jednego, który musi się pochwalić swoją Ardbeg Ten – wszak to dla niego nowe doświadczenie!

Cywilizacja europejska jeszcze nie opracowała skutecznych metod radzenia sobie z tym zjawiskiem. W pierwszym prymitywnym odruchu, chce się użyć pewnej dwuwyrazowej frazy, zaczynającej się na f, gdzie drugi wyraz to off – jest przecież światowo, po angielsku. Niestety, każdy kto próbuje sprowadzać na poziom ziemi tych koneserów, natychmiast odsądzany jest od czci i wiary, a bardziej aktywnym tępiącym grozi się usunięciem z tej elitarnej grupy. Osobiście, dałem sobie spokój już jakiś czas temu, bo nie chcę zostać odcięty od tej krynicy wiedzy i mądrości.



Destylarnia Glenlivet



Na BoW natomiast podobne zachowania spotykają się natychmiast z odpowiednią reakcją, przy użyciu całego arsenału środków zaczepno-szyderczych, i delikwent dość szybko orientuje się, że na dłuższą metę dobrze mu tu nie będzie. I dzięki Bogu! I to nie jest tak, że my z gruntu źli jesteśmy i alergię na nowych i obcych mamy. Bynajmniej. Może co najwyżej panuje tu epidemia ostrej alergii na głupotę i arogancję. I powiem więcej – chyba każdy, kto przetrwał, ceni sobie ten fakt wysoce.


Kupiłem butelkę Laphroaig 10yo, to dla mnie nowa destylarnia, jakieś opinie?

No, na usta cisną się wyrażenia powszechnie uznawane za obelżywe. I każdy, kto choć raz w życiu przekonał się osobiście o korzyściach płynących z umiejętności posługiwania się guglem, wie dlaczego. Przecież znalezienie w sieci notek, opisów i opinii – setek, tysięcy wręcz – zajęłoby mniej więcej tyle samo, co wklepanie tego zapytania. Zjawisko pokrewne pierwszemu, opisanemu powyżej, no i w gruncie rzeczy równie aroganckie i bezmyślne. Bo przecież mam tylu doświadczonych kumpli z branży, rozsianych po całym świecie, więc czemu mieliby mi nie powiedzieć, nie poradzić w tak kluczowej dla mnie sprawie?



Glenfiddich po zmroku



Ktoś powie, że przecież nic się nie stało, można zwyczajnie zignorować. Pewno tak. Raz można, drugi raz można – ale już piętnasty, trzydziesty piąty, dwieście osiemdziesiąty drugi? Ręce opadają. Właściwie to trudno o komentarz. Ale nie, nie wolno takiemu odpyskować, pogonić gdzie pieprz rośnie, wygarnąć co się myśli o deficytach w okolicach mózgoczaszki. Bo znowu będzie niepoprawnie politycznie, niegrzecznie, będzie nieprawomyślnie.

Kilka razy zdarzyło mi się w podobnej sytuacji pojechać sarkazmem, próbować wykpić – delikatnie, ale nie pozostawiając cienia wątpliwości. Koniec końców, skutki są jak po kopaniu się z koniem. Nie dość, że człowiek posiniaczony, to jeszcze obrońcy zwierząt się w to wmieszają i z ciebie zrobią bestię.

Tutaj także BoW jest inny. Czasem brutalnie inny, jak niejeden się przekonał, ale znowu – jesteśmy przekonani, że na dłuższą metę taka polityka wychodzi z korzyścią dla wszystkich.



Destylarnia Dalwhinnie



Jak oni śmią na etykiecie 23-letniej whisky napisać „very old”?

Złożyłem się ze śmiechu, czytając powyższy komentarz gdzieś pod zdjęciem naprawdę zacnej butelki. No jasne, 23 lata to wcale nie jest very old. Jak sobie przypomnę jak sam miałem 23 lata… Ale poważnie. Jak się regularnie zagląda na różnego rodzaju fora, to można dojść do wniosku, że 23 lata to naprawdę niewiele. To prawda, istnieją starsze whisky, czasem wyraźnie starsze. Jednak chciałbym zobaczyć takiego „konesera”, który na co dzień wieczorkiem siada przy kominku, nalewa sobie Kinclaith 40yo z Signatory, w piątek przerzuca się na Glenfarclas 1953, a w weekendy to już tylko Mortlach 70yo. Pomijam tu zupełnie kwestię rodem z łiskowego przedszkola – stara whisky wcale nie musi być dobra. Wręcz przeciwnie, statystycznie im starsza, tym większa szansa na rozczarowanie. Ktoś pamięta 45-letnią Linkwood 1938, rozpracowaną w ubiegłym roku Łąkominie?

Ten rodzaj konesera-teoretyka pojawia się raz po raz i w polskojęzycznej części internetu. Jest nawet pewna postać, mająca niekwestionowane, doniosłe zasługi dla propagowania whisky w Polsce, która – jak się zdaje – niczego młodszego niż 25yo nie ruszy. Jednak na forach o zasięgu światowym, anglojęzycznych, tego typu zadzieranie nosa bywa o wiele bardziej częste.



W Edradour



Co ciekawe, tym samym koneserom zupełnie nie przeszkadza fakt umieszczania przymiotników typu „old”, „auld”, „ancient”, „extremely rare”, „reserve” i tak dalej, na etykietach zupełnych śmieci. Ale jak można dowalić jakiejś uznanej marce, to huzia na Józia, niech zobaczą jaki jestem bezkompromisowy, jakim jestem znawcą, jak mnie razi marketingowy bełkot! Nie żebym bardzo chciał bronić tzw. uznanych marek. W niektórych przypadkach, sami robią sobie tyle krzywdy, że żadna pomoc na nic się nie zda.


Ardbeg Provenance? Przecież to NAS, nie będę się zachwycał jakąś whisky, w której skład wchodzą pewno whisky co najwyżej 3-letnie.

Właściwie wpis ten (autentyczny, pod zdjęciem butelki, na którym jakoś w oczy rocznik się nie rzucał) jest li tylko wariacją na temat ignorancji typu pierwszego, jednak mnie rozbawił szczególnie. Każdy, kto w choć minimalnym stopniu interesuje się whisky, musiał, po prostu musiał się zetknąć – nawet jeśli najczęściej tylko teoretycznie – z kilkoma legendarnymi edycjami whisky. Kto nie słyszał o Black Bowmore z 1964? Komu nic nie mówi Macallan Gran Reserva – żeby już tak bardzo się nie pompować? Nie wiedzieć co to jest Ardbeg 1974 Provenance, jednocześnie robiąc z siebie znawcę whisky, to trochę tak, jak pozować na znawcę motoryzacji i nie wiedzieć co to takiego porsche carrera, być fanem piłki nożnej i nie wiedzieć kto to Leo Messi, robić na taksówce w Łodzi i pytać gdzie Piotrkowska.



Glen Scotia



Te whisky jest dobre, uwielbiam tego Taliskera, za to mój kumpel mówi, że najlepsza jest Dalwhinnie.

Kiedy dawno temu pisałem pierwszą wersję mojej strony internetowej poświęconej whisky, oprócz propagowania uroków szkockiej i Szkocji, postawiłem sobie jeszcze jedną, niejako poboczną misję. Jak już mówimy o szkockiej whisky, mówmy poprawnie. Taka Glenmorangie, Mortlach i Laphroaig, czy to w znaczeniu „destylarnia”, czy w znaczeniu „whisky”, to w naszym, najtrudniejszym języku świata – ona. Zawsze i wszędzie ona. Dlatego TA Lagavulin mi smakuje, TEJ Oban dawno nie próbowałem, czytałem dobre opinie o TEJ Bunnahabhain. Od tamtej pory trochę mi przeszło. Wiem, że to walka z wiatrakami, jeśli chodzi o mówienie poprawnie o whisky. Mnie samemu zdarza się – i tak, mam po tym ogromny absmak – powiedzieć, że jakoś nie mam ochoty na „tego Glenfiddicha”. Jednak co innego palnąć coś takiego przy kieliszku, szczególnie kiedy język przestaje być na tyle giętki, by powiedzieć wszystko, co pomyśli głowa, a coś zupełnie innego w ten sposób pisać, i to w publikacjach pretendujących do miana fachowych, opiniotwórczych.

Tak się złożyło, że parę dni temu zwróciłem komuś uwagę na brak konsekwencji w ustalaniu rodzaju gramatycznego whisky i destylarni w pewnym wpisie na jego stronie w internecie. W jednym akapicie najpierw było to „te whisky” (brrr!), potem „Ardbeg został przejęty”, a za chwilę „los jej się odmienił”. Słów brak, ale odezwałem się. Dyskretnie, grzecznie, po przyjacielsku, w wiadomości prywatnej. Parę chwil później okazało się, że rodzaj gramatyczny przerasta możliwości niektórych redaktorów. Owszem, poprawiono najbardziej rażące przypadki, natomiast do dzisiaj (przed chwilą sprawdzałem), whisky o której mowa to „jedne z najbardziej interesujących whisky szkockich”. Ja rozumiem, polski naprawdę do łatwych języków nie należy. Spójrzmy jednak na to w ten sposób – dla ludzi piszących o whisky (czy o czymkolwiek innym) jest to narzędzie, którym trzeba umieć się posługiwać. A jeśli nie, to lepiej się za to nie brać. Nie muszę nikomu tłumaczyć co by się stało, gdyby za kierownicę autokaru rejsowego Warszawa-Glasgow posadzić kogoś, kto myli pedał gazu z pedałem hamulca. Niejeden z nas zna pewno jakąś Helen, Nicole, czy nawet Jackie (!) – i nigdy jakoś nie zdarzyło się nam mówić o tym Helen, czy tamtym Jackie.



Fragment kadzi zaciernej w Caol Ila



Bardzo lubię dodać do whisky dużo lodu, żeby poczuć jak mi wargi drętwieją podczas degustacji. I co mi zrobicie?

No i dochodzimy do sedna, zbliżamy się do prawdziwego powodu napisania tego tekstu. Oto raz po raz tu i ówdzie wybucha dyskusja, przeradzająca się dość szybko w dziką, karczemną kłótnię – wolno dorzucać lód do single malt whisky, czy nie wolno. Można wzbogacać jej smak dodatkiem coli, czy nie można. Nadaje się jako baza do koktajli, czy nie nadaje się. Warto chyba sobie wyjaśnić raz na zawsze. Jest rzeczą absolutnie oczywistą, że każdy może sobie zrobić co mu się żywnie podoba z każdym dobrem materialnym, w jakiego posiadanie w sposób uczciwy wszedł. Można kupić sobie Nikona D4 z najwypaśniejszym, jasnym obiektywem – i robić sobie nim selfie (wcześniej zalecam intensywne ćwiczenia fizyczne – aparat jest ciężki i dość nieporęczny w takim zastosowaniu). Można. Można ukochanemu synkowi, który wpadł właśnie na pomysł, że nauczy się grać na gitarze i założy kapelę rockową, kupić od razu Gibsona Les Paul z 1994, bo czemu nie? Nawet jeśli nigdy wcześniej potomek ów nie miał żadnego instrumentu w ręku. Można też, jak podają źródła, wpaść do baru hotelowego Pennyhill Park w Bagshot, Surrey, wysupłać z portfela te biedne 32 tysiące funtów, zamienić je na butelkę Dalmore 62yo i wypić ją z kumplami na miejscu. Wszystko można – bo kto bogatemu zabroni?

Skąd więc bierze się zmasowana, czasem wręcz agresywna krytyka gości, co to nonszalancko wrzucają na fejsa instagramowe focie butelek całkiem zacnych maltów, obok których stoi sobie beztrosko szklaneczka typu tumbler, do połowy wypełniona kostkami lodu, który ewidentnie polano whisky, a wiele wskazuje na to, że to whisky pochodząca z prezentowanej obok butelki?



Kadzie fermentacyjne w Caol Ila



Pomijając przypadki, kiedy niechętne takiemu zachowaniu reakcje mają podłoże wynikające ze zwykłej zazdrości – do której, powiedzmy sobie szczerze, każdy z nas ma prawo, pod warunkiem, że zazdrość owa nie przeradza się w działania stojące w sprzeczności z prawem, na przykład, powodujące pogwałcenie nietykalności cielesnej krytykowanego degustatora, czy też będące zamachem na jego własność – krytyka taka może mieć tylko i wyłącznie jedno źródło. Otóż wielu z nas od czasu do czasu cierpi na przypadłość zwaną syndromem obniżonej tolerancji na głupotę. Jeśli przyjmujemy – a wszak dość powszechnie przyjmujemy, przynajmniej tutaj, w tym zakątku internetu – że dobra szkocka whisky, takie powiedzmy niektóre stare Glen Grant, Ben Nevis, czy wręcz Highland Park, nie są takim sobie ot, zwykłym masowym produktem, że ich jakość, złożoność aromatyczno-smakowa, harmonia, ich bliskość organoleptycznemu ideałowi jest wynikiem nie do końca zrozumiałych, nie całkiem wyjaśnionych interakcji, procesów, których w tej formie nie dało się zaplanować i przewidzieć, oraz że rozkosz ich smakowania bierze się w dużej mierze z owej subtelnej złożoności, to nie można przejść obojętnie nad jej (owej złożonej subtelności, subtelnej złożoności) brutalnym, chamskim, ignoranckim marnowaniem.

Gdyby komuś mało było dotąd w tym tekście porównań – picie dobrej, czy wręcz wybitnej whisky szkockiej z lodem lub colą to trochę tak, jakby sobie kupić lamborghini i na masce gwoździem wyryć w lakierze gwiazdę mercedesa. Wszak tatuś zawsze powtarzał, że bez gwiazdy nie ma jazdy, a tatuś przecież się zna.



Widok na Sound of Islay i wyspę Jura



Bowmore Surf jest whisky wybitną – najlepszą, jakiej do tej pory próbowałem.

Poprzedni akapit niejako automatycznie wywołuje kolejny wątek, który aż się prosi o omówienie. Nie tak dawno, pisząc o subiektywności wszelkich opisów i ocen whisky, mogłem niejednemu zasugerować, że każda whisky dobrą jest, o ile nam smakuje. Stąd już tylko krok do stwierdzenia, że tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby się uwalić, a te wszystkie porteleny, taliskery i brory to tylko snobowanie, dogórynosanoszenie, pozerstwo i nic więcej.

I znowu trzeba przyznać rację bytu pewnej prawdzie oczywistej, żeby nie powiedzieć oczywistej oczywistości – jeśli komuś smakuje Freeway Cola z Lidla z odrobiną luksusu w postaci paru kropel swojskiej siwuchy, to przecież nikomu nic do tego. Zupełnie nic. I na pewno na forum poświęconym niskobudżetowym napitkom świetnie gaszącym pragnienie, znajdzie wielu zwolenników swojej przypadłości. Powiedzą nawet co niektórzy, że nigdy nic lepszego nie pili. I to będzie kolejna niepodważalna prawda w wielu przypadkach. Nie można jednak mieć pretensji do nikogo, kiedy podobne prawdy objawione zaczniemy głosić na forum ludzi, z których większość to i owo już w życiu wypiła. No nie. W najlepszym razie narażamy się na to, że potraktują nas jak Wiesława Wszywkę – z całym szacunkiem dla Pana Wiesława.



Spirit safe w akcji



Otóż nie jest tak, że każda whisky jest dobra, pod jedynym zgoła warunkiem – jeśli tylko nam smakuje. Istnieją kryteria, według których – niezależnie od osobistych preferencji – jesteśmy w stanie ocenić dobrą whisky i odróżnić ją od whisky kiepskiej. Choćby ta druga ogłoszona została Whisky Roku, nawet przez jakiegoś biblistę.

Czego więc tak obiektywnie szukamy w whisky? Odpowiedź jest jednocześnie i prosta i niezwykle skomplikowana. Szukamy złożoności i harmonii, szukamy równowagi pomiędzy poszczególnymi elementami profilu aromatyczno-smakowego, szukamy wzajemnego uzupełniania się poszczególnych nutek. Nie chcemy czuć niepożądanych, drażniących elementów pochodzących z niezbyt starannej destylacji (np. nieprzyjemnych dla podniebienia pogonów), nie chcemy by whisky była zbyt płaska i jednowymiarowa, nie chcemy by drażnił nas alkohol, nie chcemy by profil zdominowany był przez beczkę, czy też poprzednią jej zawartość (np. słabej jakości sherry). Chcemy by na podniebieniu odbył się dramat, żeby tam działo się, ewoluowało i zaskakiwało. Niech każdy aktor tego dramatu zna swoją rolę, wie kiedy wejść, a kiedy usunąć się z pierwszego planu, by inny mógł wygłosić swą kwestię.



Hala alembików w Caol Ila



Można by jeszcze długo ciągnąć ten opis, odwoływać się do kolejnych porównań, wymieniać cechy pożądane i te niechciane, a ciągle definicja byłaby niepełna. Nie da się, niestety, skwantyfikować dobrej whisky, wyrazić jej poziomu doskonałości za pomocą wzoru matematycznego, liczb wymiernych. Skoro jednak statystycznie większość osób zainteresowanych whisky to faceci, postawię sprawę tak: różnica między dobrą whisky, a whisky kiepską jest taka, jak między aktem a pornografią. Jakoś precyzyjnych definicji nie da się sporządzić, a wszyscy najczęściej wiedzą z czym mają do czynienia.





Miał być króciutki felieton, a tu… rozwlekło się. A kwestii do poruszenia w związku z whisky-blogerskim piśmiennictwem jest ciągle jeszcze sporo. Wrócę do tego, na pewno powstanie ciąg dalszy. Tymczasem zapraszam do dyskusji na poruszone wyżej tematy. Na naszym forum. Wszystkich, a szczególnie osoby, które rozpoznały siebie w mniej czy bardziej zawoalowanych aluzjach.

[R.M.]
Wszystkie zdjęcia autora tekstu. Nie mają nic wspólnego z treścią artykułu.

R E K L A M A