2016.04.07

Z dziennika tetryka (cz. 2)
Czyli o małych butelkach, wielkim przemycie i o tym, jaką frajdę z tego wszystkiego mieliśmy.
Będzie znowu o czasach zamierzchłych, krainach mitycznych i dokonaniach gargantuicznych. Dzisiaj jednak nie zamierzam zabierać was do Szkocji. Co to, to nie, tam dopiero budzi się wiosna, a zimowe sztormy na Atlantyku jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa na ten sezon. O tym, jak jest na Orkadach nie muszę mówić, przynajmniej niektórym z was. Dzisiaj wybieramy się o wiele bliżej, tuż za miedzę. Do Czech. Bo choćby nie wiem jak niedorzecznie to zabrzmiało, nasi czescy bracia mieli niemały wkład w popularyzację szkockiej whisky w Polsce. A że od prawie trzech dekad mieszkam dość blisko granicy, to i owo widziałem.
Kiedy przekraczamy polsko-czeską granicę, na przykład w Golińsku/Starostínie, szczególnie jeśli właśnie wracamy do kraju, najczęściej tuż przed granicą zatrzymujemy się na ostatnie zakupy w jednym z kilku sklepów funkcjonujących tuż przy nieistniejącym już przejściu granicznym. Ciężkim grzechem byłoby wrócić do domu bez kilku butelek czeskiego piwa, czekolady Studenckiej, czy flaszki miejscowego rumu (koniecznie musi być marki tuzemský, ku rozbawieniu czeskich sprzedawców). Poza tym, trzeba się przecież pozbyć zalegających w portfelach resztek czeskiej waluty.
Patrząc na tę garstkę sklepików, które ostały się w tym miejscu do dzisiaj, być może trudno sobie wyobrazić, że jeszcze dwadzieścia lat temu, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, funkcjonowało ich tam kilkadziesiąt. Stłoczone jedna obok drugiej, małe drewniane budki działały jako pełnoprawne sklepy, a o poziomie ich obrotów w tamtych czasach tylko pomarzyć mógłby niejeden ekskluzywny sklep zmagający się z kaprysami klientów we współczesnych centrach dużych polskich miast. Wśród mieszkańców Starostína i Golińska do dzisiaj krążą legendy o fortunach, jakich dorobili się ich właściciele w okresie boomu dwóch dekad przełomu wieków.

Przed słynnym Minimarket Josefi. Pierwsza z prawej - Babcia Josefi.
Zaczęło się, oczywiście, od wypraw po piwo. Przy okazji okazało się, że na półkach obok stoją również butelki whisky. Jak łatwo się domyślić, były to głównie dyżurne „jasie” i „balantyny” zdecydowanie rzadziej u nas spotykane. A że większość mojej wiedzy na temat whisky w połowie lat dziewięćdziesiątych opierała się na miniaturowym wydawnictwie popularnym pt. „Whisky”, przyjąłem za pewnik, iż taka Dimple 15yo, czy wypaśnie zapakowana Royal Salute 21yo wcale tak dużo gorsze nie są od porządnych single malts. Boże drogi, ile myśmy przez siebie przelali tych 1,75-litrowych butelek Dimple! Mówiąc „my” mam na myśli grono moich bliskich znajomych z tamtych czasów, oczywiście. Szczególnie że przy minimalnej (a może żadnej?) akcyzie na alkohol w Czechach i bardzo korzystnym dla nas kursie czeskiej korony, taka butla-gigant kosztowała dosłownie parędziesiąt złotych. No i co jak co, była to whisky 15-letnia, na znajomych wrażenie robiła! A do Londynu nie dało się przez cały rok jeździć raz w tygodniu, więc poza sezonem takich cotygodniowych wyjazdów, który dla mnie przypadał na wiosnę, i dostęp do bezcłówki na promie był ograniczony. A apetyt na whisky rósł.
W wielu krajach świata – krajach innych niż Polska, niestety – istnieje taki zwyczaj, że ludzie ze sobą rozmawiają, nawet jeśli się dobrze nie znają, ale widują w miarę regularnie. Na przykład podczas zakupów. Bywa, że i bariera językowa niektórych nie potrafi powstrzymać od takich zachowań. Zdarzyło się więc, że z niektórymi sprzedawcami zaczęliśmy rozmawiać. Było, że z czasem i zaprzyjaźniliśmy się z niektórymi. I zaczęliśmy pytać o single malt, o możliwość sprowadzenia czegoś takiego do sklepu. Obiecano nam się sprawie przyjrzeć, a już parę tygodni później na półkach w jednym z tych drewnianych baraków pojawiły się pierwsze butelki whisky słodowej. Bardzo nieśmiało, bo to drogi towar był, ale były – stały tam, uśmiechały się do nas i prosiły o zakup. Ku wszechstronnej radości – bo i tych butelek, i sprzedawców, i naszej – pierwsze flaszki zakupione zostały. Sprawa była ryzykowna, wszak czeskie sklepy słynęły z upłynniania podróbek szlachetnych trunków. Z drugiej strony, honorowa. Jeśli to rzeczywiście były oryginały, to nie kupując ich naraziliśmy naszych czeskich przyjaciół na niepotrzebne zamrożenie gotówki. Trzeba było się wywiązać.

Końcówka XX wieku to złoty okres miniaturek w Starostinie.
Nie potrafię powiedzieć w tej chwili jaka była pierwsza single malt whisky, kupiona w Starostínie. Z całą pewnością była to jakaś podstawowa, oficjalna wersja którejś z popularnych destylarni. Mogła to być Glenlivet, mogła Glenmorangie, być może była to Longmorn. Tak czy owak, przetestowana została, jej autentyczność potwierdzona, worek się otworzył. Od tamtej pory już nigdy nie chciało mi się nawet spojrzeć na Dimple, a zaprzyjaźnione sklepy – przez długi czas były dwa takie – sprowadzały coraz to więcej tej whisky dla nas i naszych znajomych. I znajomych znajomych. Wszak przy cenie w okolicach pięćdziesięciu złotych za pełnowymiarową butelkę kilkunastoletniej whisky, była to doskonała opcja na wszelkie imprezowe okazje – narodziny dziecka, imieniny cioci, zakończenie roku… Mam wrażenie, że w pewnym momencie, statystycznie rzecz ujmując, w Wałbrzychu i jego okolicy mieszkała zdecydowana większość polskich wielbicieli szkockiej whisky słodowej.
Kiedy zaczynałem tworzyć pierwszą wersję mojej strony internetowej poświęconej whisky szkockiej, na mapie Starostína istniał już dla mnie tylko jeden sklep, pamiętny Minimarket Josefi. Jego atutami były zadbany, wyłożony eleganckim żwirem, obszerny parking od strony ulicy, pewne oddalenie od samego przejścia granicznego, co zapobiegało zbytniemu tłokowi w środku, ale przede wszystkim sympatyczna, chętna do współpracy obsługa. No, obsługa to może określenie trochę na wyrost. Większość czasu za ladą królowała jedna sprzedawczyni, której imienia i nazwiska nigdy nie poznaliśmy, a którą na własny użytek nazwaliśmy „Babcią Josefi”. O tym sklepie wspomniałem raz i drugi na swojej stronie, poleciłem komuś mailem, opowiedziałem na nowopowstałej grupie dyskusyjnej. A były to czasy, kiedy internet zaczynał działać swoje cuda. Oto do Babci Josefi zaczęli przyjeżdżać klienci, którzy akurat byli w drodze na narty, jechali na wycieczkę do Pragi, albo w jakimś innym celu udawali się za naszą południową granicę. I właściwie mogli przekraczać granicę w Kudowie, ale postanowili sprawdzić co tutaj da się kupić. Za każdym razem prosiłem, by powołać się na mnie, a już sprzedawczyni będzie wiedziała co wam polecić. I to działało. I to jak! Babcia robiła coraz większe oczy, gdy pojawiałem się u niej w sprawie swoich zakupów, a ona opowiadała mi o ludziach z Gdańska, Szczecina, Poznania, Warszawy, Wrocławia, Torunia, którzy wpadali do niej po zakupy i powoływali się na mnie. Nawet zaczęła się, bidulka, uczyć geografii Polski, żeby wiedzieć jaki jest zasięg moich przemożnych wpływów!

Te maleństwa kosztowały nieco drożej, bo to seria.
Nie znaczy to, że single malt dostępna była tylko w tym sklepie. Przedsiębiorcy prowadzący pozostałe sklepy zaopatrywali się przecież w tych samych hurtowniach, więc na próbę też zaczęli sprowadzać „tę lepszą whisky,” którą z właściwym językowi czeskiemu urokiem określali mianem „singlovka”. Na półkach na dobre zagościła Glenfiddich, Glenmorangie, Laphroaig, Longmorn, Speyburn, Glen Grant, Dalwhinnie, Highland Park, a nawet Scapa czy Macallan. Gdy na koncert(y) do Polski miał przyjechać Allan Holdsworth, kontaktował się ze mną ktoś z organizatorów tego przyjazdu, bym pomógł mu znaleźć butelkę Glenmorangie 18yo, ulubionej whisky Mistrza, zupełnie wówczas niedostępnej w Polsce. Nietrudno się domyślić gdzie jej szukałem, choć w tej chwili nie pomnę już z jakim skutkiem. Tak na marginesie, nietrudno się domyślić dlaczego jedna z płyt Allana Holdswortha nosi tytuł „The Sixteen Men of Tain”. Tak czy inaczej, moja pierwsza w życiu Laphroaig 10yo przeszła przez ręce Babci Josefi, podobnie jak moja pierwsza Macallan 12yo i pewno jeszcze niejedna „pierwsza”. Podobnie było w przypadku wielu moich znajomych, a potem też wirtualnych znajomych – ludzi, których nigdy w życiu nie spotkałem, ale i takich, z którymi odbyłem później niejedną wyprawę do Szkocji. Gdybym wiedział jak to się może rozwinąć i zastrzegł sobie choć jeden procent udziałów w tym biznesie…

W broumowskim Alka Pub odbywały się czasami koncerty, na przykład irlandzkiej muzyki ludowej.
Z czasem hurtownie alkoholowe, zaopatrujące sklepy w Starostínie, zaczęły być promowane przez czeskich importerów whisky dodatkowymi partiami miniaturek, buteleczek whisky o pojemności 50ml, które w założeniu miały być dorzucane do większych zakupów w formie gratisów. I tu dopiero zaczęła się zabawa. Oto w wychowanych na socjalistycznych regułach rynkowych głowach nie mieściło się, że można komuś coś dać za darmo (swoją drogą, pamiętam, że i o jakieś rabaty trudno było się doprosić), więc buteleczki te wystawiono na sprzedaż. A że nikt nie miał zielonego pojęcia na temat ich wartości rynkowej, ceny brano zupełnie z czapy. Ot, żeby to na półkach zbyt długo nie stało, ale żeby jakiś zysk jednak przyniosło. Nie trzeba było wybitnych matematycznych umysłów, by wyliczyć sobie, że whisky kupowana w malutkich buteleczkach kosztuje mniej więcej o połowię taniej niż ta w butelkach pełnowymiarowych. A skoro już te duże były niedrogie… Okazywało się, że pojemnościowa równowartość dużej butelki Inchgower 14yo kosztowała nas około dwudziestu złotych. Podobnie było z Dalwhinnie 15yo, Cragganmore 12yo, Oban 14yo. Kupowaliśmy je całymi kartonikami i pochłanialiśmy z barbarzyńskim brakiem rewerencji. Bywało, że w trakcie jednej imprezy „pękło” piętnaście i więcej flaszek. I komu to przeszkadzało – żeby zacytować klasyka.

Zamyślenie przy Guinnessie w Alka Pub.
Innym czeskim odkryciem był pub w niewielkiej, dość sennej, ośmiotysięcznej miejscowości Broumov, około dziesięciu kilometrów od naszego ulubionego przejścia granicznego. Odkryty zupełnie przypadkiem lokal do złudzenia przypominał angielskie, czy irlandzkie puby. Jeszcze pod koniec ubiegłego wieku można tam było napić się lanego Guinnessa, a na półkach za barem dumnie prężyło etykiety około dwudziestu różnych butelek single malt whisky, nie licząc burbonów i whiskey irlandzkiej. A że kurs korony ciągle był po naszej stronie, podobnie jak niska akcyza w Czechach, broumowski Alka Pub stał się naszym drugim domem, a jego właściciel – przyjacielem. Tym bardziej, że na piętrze były pokoje do wynajęcia, więc nie trzeba było się martwić co zrobić z samochodem, a parę kroków dalej, przy tej samej ulicy funkcjonował sklep z markowymi alkoholami, prowadzony przez tego samego człowieka. Były i cygara – istny raj na ziemi. A jakie steki!
Ów sklep w Broumovie, w którym regularnie zaopatrywaliśmy się w najprzeróżniejsze trunki – był to okres eksperymentowania ze wszystkim, co zawierało etanol, a pochodziło z półki przynajmniej średniej – odegrał raz ogromną rolę w organizacji dorocznych spotkań wielbicieli whisky skupionych wokół mojej strony internetowej. Tych samych, którzy później napotkali na swojej drodze takich fajnych ludzi ze Szczecina, a potem (a może już wcześniej) powstał BoW, a reszta jest historią. W tamtych czasach (wczesne lata dwutysięczne, zanim pojawił się fejsbuk), kontaktowaliśmy się za pośrednictwem grupy dyskusyjnej, związanej ściśle z moją stroną internetową. Zaopatrzenie na nasze spotkania organizowane było zwykle za pośrednictwem sklepu w Dufftown, przy pomocy nieocenionej Fiony Murdoch. Raz tylko zdarzyło się, że jakaś butelka gdzieś się zapodziała w drodze, w większości jednak było to pewne i godne zaufania źródło zaopatrzenia. Podobnie jak i dzisiaj na forum BoW, na owej grupie pojawiał się raz po raz ktoś, kto miał do sprzedania jakąś butelczynę, co witaliśmy z otwartymi ramionami, gdyż wtedy jeszcze nie chodziło się do Tesco i nie wrzucało butelki Talisker czy Ardbeg do koszyka tuż obok marchewki, oleju i ziemniaków. Pojawił się tam też ktoś, nick „Sklepik”, kto w miarę regularnie zaopatrywał niektórych dyskutantów w przyzwoitą whisky, Bóg wie skąd i jak sprowadzaną. Recenzje miał dobre, więc gdy zaczęła się zbliżać pora kolejnego spotkania – tym razem miało to być w Jastrzębiej Górze – ugadałem się ze Sklepikiem na zaopatrzenie, które on przywiezie osobiście do Jastrzębiej, odbierze kasę, wreszcie się poznamy osobiście, może nawet coś wspólnie wypijemy. Oferta była ciekawa, ceny więcej niż przystępne. Tym bardziej, że było to okres, kiedy kurs czeskiej korony był nam coraz mniej przyjazny, a na dodatek nasi południowi sąsiedzi wpadli na pomysł znacznie większego niż dotąd opodatkowania alkoholu i podnieśli (czy też po raz pierwszy wprowadzili – jakie to ma znaczenie?) akcyzę. Gdyby tego było mało, na granicy wprowadzono drastyczne obostrzenia dotyczące ilości alkoholu, jaki można było legalnie przywieźć do Polski. Na przejściach granicznych, w tym i w Golińsku, nastał czas mrówek.

Pamiętna Glenfiddich 18yo Excellence, zakupiona w Broumovie, zlikwidowana w Jastrzębiej Górze.
W dzień wyjazdu na spotkanie, jakoś wczesnym popołudniem dostaję wiadomość od Sklepika, że katastrofa, masakra, whisky nie ma i nie będzie. An on sam udaje się na emigrację gdzieś na Wyspy Marshalla, żeby być jak najdalej od gniewu łiskopijców o suchych gardłach, zebranych w Jastrzębiej Górze. Cóż było robić? Co mi po tym, że jemu jest przykro? Trudno dyskutować z mailem czy SMSem. Miałem czas do około 21:30, kiedy to odjeżdżał mój pociąg, i którym musiałem, po prostu musiałem zawieźć jakieś butelki do Jastrzębiej Góry. Najchętniej pełne. Pal sześć wcześniejsze ustalenia co do stylów, profilów i innych szczegółów dotyczących whisky, jaką mieliśmy się raczyć. Priorytetem stało się zdobycie jakiejkolwiek whisky, by wspomniane raczenie się w ogóle odbyć się mogło.
Pojechaliśmy w cztery osoby, dwa samochody, w ciągu pół godziny byliśmy na granicy, następne dziesięć minut i wpadamy do owego sklepu w Broumovie. Tutaj nie było już mowy o tym, by przeszukać półki wszystkich sklepów przy granicy, i zgarnąć wszystko, co ewentualnie mają tam na półkach, nie było na to czasu. Sklep jest zamknięty, ale przecież wiemy gdzie szukać właściciela. Tym bardziej, że przez szybę widać parę rzeczy, które jakąś tam radość byłyby w stanie nam sprawić.

Wielki przemyt.
To, co zdarzyło się po odnalezieniu i ściągnięciu na miejsce właściciela, to był kompletny wipe-out. Z półek zniknęły natychmiast wszystkie rozsądnie wyglądające butelki, opatrzone napisem „single malt whisky” i określeniem wieku lub rocznika. Żadnych NASów. Perełką była zapakowana w pamiętną dębową szkatułkę rocznikowa Aberlour 1971 OB. Furorę zrobiła Glenfiddich 18yo Excellence. Nikogo nie trzeba było przekonywać do Ardbeg 17yo. Była tam też – o ile mnie pamięć nie myli – Macallan 12yo, Balvenie 10yo Founder’s Reserve, Highland Park 12yo (jeszcze ze starą, szeroką szyjką) i parę innych. Ewidentnie, były to ciągle czasy oficjalnych wersji whisky. Kto teraz tłukłby się pociągiem przez pół Polski, by napić się Balvenie 10yo?
Jednak zakup kilkunastu butelek whisky to jedna sprawa, a przewiezienie ich do Polski, to już coś zupełnie innego. Młodzież wychowana na szengenowskich wolnościach nie jest pewno w stanie nawet zrozumieć tych dylematów. Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami, wolno nam było przewieźć jedynie pół litra alkoholu na osobę, czyli tak naprawdę już trzecia butelka o pojemności 0,7 litra była częściowo nielegalna – było nas w sumie czworo. A myśmy mieli tych butelek jedenaście. Nie ma ryzyka, nie ma zabawy, jak mawiają moi uczniowie. Część butelek trafiła na spód dwóch naprędce zapakowanych toreb podróżnych, które wieźliśmy w bagażnikach, część pod przednie siedzenia obydwu samochodów, dwie wieźliśmy oficjalnie, na legalu.

Polewanie przemyconej whisky.
Na przejściu granicznym – spory ogonek do odprawy. Stoimy i grzecznie czekamy. Zupełnie niechcący dokonałem wówczas odkrycia skąd inspirację biorą autorzy science-fiction, u których czas biegnie inaczej dla podróżujących gdzieś w pobliżu czarnych dziur w kosmosie. Dla nas taką czarną dziurą było przejście graniczne. Sekundy ciągnęły się jak minuty, każda minuta trwała kilka dni. Jeszcze cztery samochody przed nami. Trzepią dokładnie – wywalają walizki z bagażnika, przerzucają zawartość. Jest słabo, a wycofać się z kolejki nie można. Jeszcze tylko dwa samochody przed nami, w tym Teresa z Heniem, którzy wiozą pięć naszych flaszek. Ten przed nimi też przechodzi skrupulatną kontrolę…
Trzaska klapa bagażnika kontrolowanego samochodu, celnik macha by jechać dalej. Teraz oni, nasi… Celnik nie przestaje machać. Jedźże, do cholery… Zderzakiem mojej astry niemal popycham Henia by jechał, by się nie oglądał. Wreszcie ruszył. Pięć flaszek jest bezpiecznych. Teraz my… Podjeżdżam, celnik odwraca się w naszą stronę i… jakby się nakręcił. Ciągle macha. Dwa razy nie musi! Jesteśmy w Polsce, koszule i gacie mamy mokre, ale nasze butelki są bezpieczne. Jednak się udało.

Fanty na stół!
Mimo zniesienia granic i zlikwidowania wszelkich limitów, czynniki makroekonomiczne skutecznie zlikwidowały ten radosny proceder, jakim były zakupy w Czechach w złotych czasach, dokonywane w drewnianych budkach tuż przy granicy. Kiedy przejeżdżałem ostatnio przez Starostín, z kilkudziesięciu sklepów ongiś tam działających ostało się kilka, sprzedających głównie piwo, czeskie salami i pomazánkové máslo. Minimarket Josefi zamknięty jest na głucho i powoli popada w ruinę. W Broumovie i Alka Pubie nie byłem już pewno z dziesięć lat, więc nie wiem jak im się tam powodzi. Jakoś się nie złożyło. Babcię Josefi spotkałem parę lat temu w jednym z supersamów (tak, tak!) w Policach nad Metují, przy okazji jakiejś wizyty w czeskich górach. Rzuciliśmy się sobie w ramiona jak starzy przyjaciele. Jak mówi, pracuje teraz w tym supersamie, ale wybiera się niedługo do swojej córki w Ameryce. Panta rhei.
[R.M.]
Zdjęcia ilustrujące artykuł pochodzą z opisywanych w tekście czasów, stąd ich nienajlepsza jakość.

Z dziennika tetryka (cz. 2)
Czyli o małych butelkach, wielkim przemycie i o tym, jaką frajdę z tego wszystkiego mieliśmy.
Będzie znowu o czasach zamierzchłych, krainach mitycznych i dokonaniach gargantuicznych. Dzisiaj jednak nie zamierzam zabierać was do Szkocji. Co to, to nie, tam dopiero budzi się wiosna, a zimowe sztormy na Atlantyku jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa na ten sezon. O tym, jak jest na Orkadach nie muszę mówić, przynajmniej niektórym z was. Dzisiaj wybieramy się o wiele bliżej, tuż za miedzę. Do Czech. Bo choćby nie wiem jak niedorzecznie to zabrzmiało, nasi czescy bracia mieli niemały wkład w popularyzację szkockiej whisky w Polsce. A że od prawie trzech dekad mieszkam dość blisko granicy, to i owo widziałem.
Kiedy przekraczamy polsko-czeską granicę, na przykład w Golińsku/Starostínie, szczególnie jeśli właśnie wracamy do kraju, najczęściej tuż przed granicą zatrzymujemy się na ostatnie zakupy w jednym z kilku sklepów funkcjonujących tuż przy nieistniejącym już przejściu granicznym. Ciężkim grzechem byłoby wrócić do domu bez kilku butelek czeskiego piwa, czekolady Studenckiej, czy flaszki miejscowego rumu (koniecznie musi być marki tuzemský, ku rozbawieniu czeskich sprzedawców). Poza tym, trzeba się przecież pozbyć zalegających w portfelach resztek czeskiej waluty.
Patrząc na tę garstkę sklepików, które ostały się w tym miejscu do dzisiaj, być może trudno sobie wyobrazić, że jeszcze dwadzieścia lat temu, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, funkcjonowało ich tam kilkadziesiąt. Stłoczone jedna obok drugiej, małe drewniane budki działały jako pełnoprawne sklepy, a o poziomie ich obrotów w tamtych czasach tylko pomarzyć mógłby niejeden ekskluzywny sklep zmagający się z kaprysami klientów we współczesnych centrach dużych polskich miast. Wśród mieszkańców Starostína i Golińska do dzisiaj krążą legendy o fortunach, jakich dorobili się ich właściciele w okresie boomu dwóch dekad przełomu wieków.

Przed słynnym Minimarket Josefi. Pierwsza z prawej - Babcia Josefi.
Zaczęło się, oczywiście, od wypraw po piwo. Przy okazji okazało się, że na półkach obok stoją również butelki whisky. Jak łatwo się domyślić, były to głównie dyżurne „jasie” i „balantyny” zdecydowanie rzadziej u nas spotykane. A że większość mojej wiedzy na temat whisky w połowie lat dziewięćdziesiątych opierała się na miniaturowym wydawnictwie popularnym pt. „Whisky”, przyjąłem za pewnik, iż taka Dimple 15yo, czy wypaśnie zapakowana Royal Salute 21yo wcale tak dużo gorsze nie są od porządnych single malts. Boże drogi, ile myśmy przez siebie przelali tych 1,75-litrowych butelek Dimple! Mówiąc „my” mam na myśli grono moich bliskich znajomych z tamtych czasów, oczywiście. Szczególnie że przy minimalnej (a może żadnej?) akcyzie na alkohol w Czechach i bardzo korzystnym dla nas kursie czeskiej korony, taka butla-gigant kosztowała dosłownie parędziesiąt złotych. No i co jak co, była to whisky 15-letnia, na znajomych wrażenie robiła! A do Londynu nie dało się przez cały rok jeździć raz w tygodniu, więc poza sezonem takich cotygodniowych wyjazdów, który dla mnie przypadał na wiosnę, i dostęp do bezcłówki na promie był ograniczony. A apetyt na whisky rósł.
W wielu krajach świata – krajach innych niż Polska, niestety – istnieje taki zwyczaj, że ludzie ze sobą rozmawiają, nawet jeśli się dobrze nie znają, ale widują w miarę regularnie. Na przykład podczas zakupów. Bywa, że i bariera językowa niektórych nie potrafi powstrzymać od takich zachowań. Zdarzyło się więc, że z niektórymi sprzedawcami zaczęliśmy rozmawiać. Było, że z czasem i zaprzyjaźniliśmy się z niektórymi. I zaczęliśmy pytać o single malt, o możliwość sprowadzenia czegoś takiego do sklepu. Obiecano nam się sprawie przyjrzeć, a już parę tygodni później na półkach w jednym z tych drewnianych baraków pojawiły się pierwsze butelki whisky słodowej. Bardzo nieśmiało, bo to drogi towar był, ale były – stały tam, uśmiechały się do nas i prosiły o zakup. Ku wszechstronnej radości – bo i tych butelek, i sprzedawców, i naszej – pierwsze flaszki zakupione zostały. Sprawa była ryzykowna, wszak czeskie sklepy słynęły z upłynniania podróbek szlachetnych trunków. Z drugiej strony, honorowa. Jeśli to rzeczywiście były oryginały, to nie kupując ich naraziliśmy naszych czeskich przyjaciół na niepotrzebne zamrożenie gotówki. Trzeba było się wywiązać.

Końcówka XX wieku to złoty okres miniaturek w Starostinie.
Nie potrafię powiedzieć w tej chwili jaka była pierwsza single malt whisky, kupiona w Starostínie. Z całą pewnością była to jakaś podstawowa, oficjalna wersja którejś z popularnych destylarni. Mogła to być Glenlivet, mogła Glenmorangie, być może była to Longmorn. Tak czy owak, przetestowana została, jej autentyczność potwierdzona, worek się otworzył. Od tamtej pory już nigdy nie chciało mi się nawet spojrzeć na Dimple, a zaprzyjaźnione sklepy – przez długi czas były dwa takie – sprowadzały coraz to więcej tej whisky dla nas i naszych znajomych. I znajomych znajomych. Wszak przy cenie w okolicach pięćdziesięciu złotych za pełnowymiarową butelkę kilkunastoletniej whisky, była to doskonała opcja na wszelkie imprezowe okazje – narodziny dziecka, imieniny cioci, zakończenie roku… Mam wrażenie, że w pewnym momencie, statystycznie rzecz ujmując, w Wałbrzychu i jego okolicy mieszkała zdecydowana większość polskich wielbicieli szkockiej whisky słodowej.
Kiedy zaczynałem tworzyć pierwszą wersję mojej strony internetowej poświęconej whisky szkockiej, na mapie Starostína istniał już dla mnie tylko jeden sklep, pamiętny Minimarket Josefi. Jego atutami były zadbany, wyłożony eleganckim żwirem, obszerny parking od strony ulicy, pewne oddalenie od samego przejścia granicznego, co zapobiegało zbytniemu tłokowi w środku, ale przede wszystkim sympatyczna, chętna do współpracy obsługa. No, obsługa to może określenie trochę na wyrost. Większość czasu za ladą królowała jedna sprzedawczyni, której imienia i nazwiska nigdy nie poznaliśmy, a którą na własny użytek nazwaliśmy „Babcią Josefi”. O tym sklepie wspomniałem raz i drugi na swojej stronie, poleciłem komuś mailem, opowiedziałem na nowopowstałej grupie dyskusyjnej. A były to czasy, kiedy internet zaczynał działać swoje cuda. Oto do Babci Josefi zaczęli przyjeżdżać klienci, którzy akurat byli w drodze na narty, jechali na wycieczkę do Pragi, albo w jakimś innym celu udawali się za naszą południową granicę. I właściwie mogli przekraczać granicę w Kudowie, ale postanowili sprawdzić co tutaj da się kupić. Za każdym razem prosiłem, by powołać się na mnie, a już sprzedawczyni będzie wiedziała co wam polecić. I to działało. I to jak! Babcia robiła coraz większe oczy, gdy pojawiałem się u niej w sprawie swoich zakupów, a ona opowiadała mi o ludziach z Gdańska, Szczecina, Poznania, Warszawy, Wrocławia, Torunia, którzy wpadali do niej po zakupy i powoływali się na mnie. Nawet zaczęła się, bidulka, uczyć geografii Polski, żeby wiedzieć jaki jest zasięg moich przemożnych wpływów!

Te maleństwa kosztowały nieco drożej, bo to seria.
Nie znaczy to, że single malt dostępna była tylko w tym sklepie. Przedsiębiorcy prowadzący pozostałe sklepy zaopatrywali się przecież w tych samych hurtowniach, więc na próbę też zaczęli sprowadzać „tę lepszą whisky,” którą z właściwym językowi czeskiemu urokiem określali mianem „singlovka”. Na półkach na dobre zagościła Glenfiddich, Glenmorangie, Laphroaig, Longmorn, Speyburn, Glen Grant, Dalwhinnie, Highland Park, a nawet Scapa czy Macallan. Gdy na koncert(y) do Polski miał przyjechać Allan Holdsworth, kontaktował się ze mną ktoś z organizatorów tego przyjazdu, bym pomógł mu znaleźć butelkę Glenmorangie 18yo, ulubionej whisky Mistrza, zupełnie wówczas niedostępnej w Polsce. Nietrudno się domyślić gdzie jej szukałem, choć w tej chwili nie pomnę już z jakim skutkiem. Tak na marginesie, nietrudno się domyślić dlaczego jedna z płyt Allana Holdswortha nosi tytuł „The Sixteen Men of Tain”. Tak czy inaczej, moja pierwsza w życiu Laphroaig 10yo przeszła przez ręce Babci Josefi, podobnie jak moja pierwsza Macallan 12yo i pewno jeszcze niejedna „pierwsza”. Podobnie było w przypadku wielu moich znajomych, a potem też wirtualnych znajomych – ludzi, których nigdy w życiu nie spotkałem, ale i takich, z którymi odbyłem później niejedną wyprawę do Szkocji. Gdybym wiedział jak to się może rozwinąć i zastrzegł sobie choć jeden procent udziałów w tym biznesie…

W broumowskim Alka Pub odbywały się czasami koncerty, na przykład irlandzkiej muzyki ludowej.
Z czasem hurtownie alkoholowe, zaopatrujące sklepy w Starostínie, zaczęły być promowane przez czeskich importerów whisky dodatkowymi partiami miniaturek, buteleczek whisky o pojemności 50ml, które w założeniu miały być dorzucane do większych zakupów w formie gratisów. I tu dopiero zaczęła się zabawa. Oto w wychowanych na socjalistycznych regułach rynkowych głowach nie mieściło się, że można komuś coś dać za darmo (swoją drogą, pamiętam, że i o jakieś rabaty trudno było się doprosić), więc buteleczki te wystawiono na sprzedaż. A że nikt nie miał zielonego pojęcia na temat ich wartości rynkowej, ceny brano zupełnie z czapy. Ot, żeby to na półkach zbyt długo nie stało, ale żeby jakiś zysk jednak przyniosło. Nie trzeba było wybitnych matematycznych umysłów, by wyliczyć sobie, że whisky kupowana w malutkich buteleczkach kosztuje mniej więcej o połowię taniej niż ta w butelkach pełnowymiarowych. A skoro już te duże były niedrogie… Okazywało się, że pojemnościowa równowartość dużej butelki Inchgower 14yo kosztowała nas około dwudziestu złotych. Podobnie było z Dalwhinnie 15yo, Cragganmore 12yo, Oban 14yo. Kupowaliśmy je całymi kartonikami i pochłanialiśmy z barbarzyńskim brakiem rewerencji. Bywało, że w trakcie jednej imprezy „pękło” piętnaście i więcej flaszek. I komu to przeszkadzało – żeby zacytować klasyka.

Zamyślenie przy Guinnessie w Alka Pub.
Innym czeskim odkryciem był pub w niewielkiej, dość sennej, ośmiotysięcznej miejscowości Broumov, około dziesięciu kilometrów od naszego ulubionego przejścia granicznego. Odkryty zupełnie przypadkiem lokal do złudzenia przypominał angielskie, czy irlandzkie puby. Jeszcze pod koniec ubiegłego wieku można tam było napić się lanego Guinnessa, a na półkach za barem dumnie prężyło etykiety około dwudziestu różnych butelek single malt whisky, nie licząc burbonów i whiskey irlandzkiej. A że kurs korony ciągle był po naszej stronie, podobnie jak niska akcyza w Czechach, broumowski Alka Pub stał się naszym drugim domem, a jego właściciel – przyjacielem. Tym bardziej, że na piętrze były pokoje do wynajęcia, więc nie trzeba było się martwić co zrobić z samochodem, a parę kroków dalej, przy tej samej ulicy funkcjonował sklep z markowymi alkoholami, prowadzony przez tego samego człowieka. Były i cygara – istny raj na ziemi. A jakie steki!
Ów sklep w Broumovie, w którym regularnie zaopatrywaliśmy się w najprzeróżniejsze trunki – był to okres eksperymentowania ze wszystkim, co zawierało etanol, a pochodziło z półki przynajmniej średniej – odegrał raz ogromną rolę w organizacji dorocznych spotkań wielbicieli whisky skupionych wokół mojej strony internetowej. Tych samych, którzy później napotkali na swojej drodze takich fajnych ludzi ze Szczecina, a potem (a może już wcześniej) powstał BoW, a reszta jest historią. W tamtych czasach (wczesne lata dwutysięczne, zanim pojawił się fejsbuk), kontaktowaliśmy się za pośrednictwem grupy dyskusyjnej, związanej ściśle z moją stroną internetową. Zaopatrzenie na nasze spotkania organizowane było zwykle za pośrednictwem sklepu w Dufftown, przy pomocy nieocenionej Fiony Murdoch. Raz tylko zdarzyło się, że jakaś butelka gdzieś się zapodziała w drodze, w większości jednak było to pewne i godne zaufania źródło zaopatrzenia. Podobnie jak i dzisiaj na forum BoW, na owej grupie pojawiał się raz po raz ktoś, kto miał do sprzedania jakąś butelczynę, co witaliśmy z otwartymi ramionami, gdyż wtedy jeszcze nie chodziło się do Tesco i nie wrzucało butelki Talisker czy Ardbeg do koszyka tuż obok marchewki, oleju i ziemniaków. Pojawił się tam też ktoś, nick „Sklepik”, kto w miarę regularnie zaopatrywał niektórych dyskutantów w przyzwoitą whisky, Bóg wie skąd i jak sprowadzaną. Recenzje miał dobre, więc gdy zaczęła się zbliżać pora kolejnego spotkania – tym razem miało to być w Jastrzębiej Górze – ugadałem się ze Sklepikiem na zaopatrzenie, które on przywiezie osobiście do Jastrzębiej, odbierze kasę, wreszcie się poznamy osobiście, może nawet coś wspólnie wypijemy. Oferta była ciekawa, ceny więcej niż przystępne. Tym bardziej, że było to okres, kiedy kurs czeskiej korony był nam coraz mniej przyjazny, a na dodatek nasi południowi sąsiedzi wpadli na pomysł znacznie większego niż dotąd opodatkowania alkoholu i podnieśli (czy też po raz pierwszy wprowadzili – jakie to ma znaczenie?) akcyzę. Gdyby tego było mało, na granicy wprowadzono drastyczne obostrzenia dotyczące ilości alkoholu, jaki można było legalnie przywieźć do Polski. Na przejściach granicznych, w tym i w Golińsku, nastał czas mrówek.

Pamiętna Glenfiddich 18yo Excellence, zakupiona w Broumovie, zlikwidowana w Jastrzębiej Górze.
W dzień wyjazdu na spotkanie, jakoś wczesnym popołudniem dostaję wiadomość od Sklepika, że katastrofa, masakra, whisky nie ma i nie będzie. An on sam udaje się na emigrację gdzieś na Wyspy Marshalla, żeby być jak najdalej od gniewu łiskopijców o suchych gardłach, zebranych w Jastrzębiej Górze. Cóż było robić? Co mi po tym, że jemu jest przykro? Trudno dyskutować z mailem czy SMSem. Miałem czas do około 21:30, kiedy to odjeżdżał mój pociąg, i którym musiałem, po prostu musiałem zawieźć jakieś butelki do Jastrzębiej Góry. Najchętniej pełne. Pal sześć wcześniejsze ustalenia co do stylów, profilów i innych szczegółów dotyczących whisky, jaką mieliśmy się raczyć. Priorytetem stało się zdobycie jakiejkolwiek whisky, by wspomniane raczenie się w ogóle odbyć się mogło.
Pojechaliśmy w cztery osoby, dwa samochody, w ciągu pół godziny byliśmy na granicy, następne dziesięć minut i wpadamy do owego sklepu w Broumovie. Tutaj nie było już mowy o tym, by przeszukać półki wszystkich sklepów przy granicy, i zgarnąć wszystko, co ewentualnie mają tam na półkach, nie było na to czasu. Sklep jest zamknięty, ale przecież wiemy gdzie szukać właściciela. Tym bardziej, że przez szybę widać parę rzeczy, które jakąś tam radość byłyby w stanie nam sprawić.

Wielki przemyt.
To, co zdarzyło się po odnalezieniu i ściągnięciu na miejsce właściciela, to był kompletny wipe-out. Z półek zniknęły natychmiast wszystkie rozsądnie wyglądające butelki, opatrzone napisem „single malt whisky” i określeniem wieku lub rocznika. Żadnych NASów. Perełką była zapakowana w pamiętną dębową szkatułkę rocznikowa Aberlour 1971 OB. Furorę zrobiła Glenfiddich 18yo Excellence. Nikogo nie trzeba było przekonywać do Ardbeg 17yo. Była tam też – o ile mnie pamięć nie myli – Macallan 12yo, Balvenie 10yo Founder’s Reserve, Highland Park 12yo (jeszcze ze starą, szeroką szyjką) i parę innych. Ewidentnie, były to ciągle czasy oficjalnych wersji whisky. Kto teraz tłukłby się pociągiem przez pół Polski, by napić się Balvenie 10yo?
Jednak zakup kilkunastu butelek whisky to jedna sprawa, a przewiezienie ich do Polski, to już coś zupełnie innego. Młodzież wychowana na szengenowskich wolnościach nie jest pewno w stanie nawet zrozumieć tych dylematów. Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami, wolno nam było przewieźć jedynie pół litra alkoholu na osobę, czyli tak naprawdę już trzecia butelka o pojemności 0,7 litra była częściowo nielegalna – było nas w sumie czworo. A myśmy mieli tych butelek jedenaście. Nie ma ryzyka, nie ma zabawy, jak mawiają moi uczniowie. Część butelek trafiła na spód dwóch naprędce zapakowanych toreb podróżnych, które wieźliśmy w bagażnikach, część pod przednie siedzenia obydwu samochodów, dwie wieźliśmy oficjalnie, na legalu.

Polewanie przemyconej whisky.
Na przejściu granicznym – spory ogonek do odprawy. Stoimy i grzecznie czekamy. Zupełnie niechcący dokonałem wówczas odkrycia skąd inspirację biorą autorzy science-fiction, u których czas biegnie inaczej dla podróżujących gdzieś w pobliżu czarnych dziur w kosmosie. Dla nas taką czarną dziurą było przejście graniczne. Sekundy ciągnęły się jak minuty, każda minuta trwała kilka dni. Jeszcze cztery samochody przed nami. Trzepią dokładnie – wywalają walizki z bagażnika, przerzucają zawartość. Jest słabo, a wycofać się z kolejki nie można. Jeszcze tylko dwa samochody przed nami, w tym Teresa z Heniem, którzy wiozą pięć naszych flaszek. Ten przed nimi też przechodzi skrupulatną kontrolę…
Trzaska klapa bagażnika kontrolowanego samochodu, celnik macha by jechać dalej. Teraz oni, nasi… Celnik nie przestaje machać. Jedźże, do cholery… Zderzakiem mojej astry niemal popycham Henia by jechał, by się nie oglądał. Wreszcie ruszył. Pięć flaszek jest bezpiecznych. Teraz my… Podjeżdżam, celnik odwraca się w naszą stronę i… jakby się nakręcił. Ciągle macha. Dwa razy nie musi! Jesteśmy w Polsce, koszule i gacie mamy mokre, ale nasze butelki są bezpieczne. Jednak się udało.

Fanty na stół!
Mimo zniesienia granic i zlikwidowania wszelkich limitów, czynniki makroekonomiczne skutecznie zlikwidowały ten radosny proceder, jakim były zakupy w Czechach w złotych czasach, dokonywane w drewnianych budkach tuż przy granicy. Kiedy przejeżdżałem ostatnio przez Starostín, z kilkudziesięciu sklepów ongiś tam działających ostało się kilka, sprzedających głównie piwo, czeskie salami i pomazánkové máslo. Minimarket Josefi zamknięty jest na głucho i powoli popada w ruinę. W Broumovie i Alka Pubie nie byłem już pewno z dziesięć lat, więc nie wiem jak im się tam powodzi. Jakoś się nie złożyło. Babcię Josefi spotkałem parę lat temu w jednym z supersamów (tak, tak!) w Policach nad Metují, przy okazji jakiejś wizyty w czeskich górach. Rzuciliśmy się sobie w ramiona jak starzy przyjaciele. Jak mówi, pracuje teraz w tym supersamie, ale wybiera się niedługo do swojej córki w Ameryce. Panta rhei.
[R.M.]
Zdjęcia ilustrujące artykuł pochodzą z opisywanych w tekście czasów, stąd ich nienajlepsza jakość.
R E K L A M A


