UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
19.04.2026 Sunday 11:47 
2016.05.06

Z dziennika tetryka (cz. 3)

...czyli jak drzewiej w Ardbeg bywało

Na wyspie Islay byłem wiele razy. Trudno teraz uwierzyć, że podczas pierwszej wyprawy w 2000 roku wcale nie zamierzałem zaglądać do Ardbeg, destylarni najbardziej na uboczu i stosunkowo trudno dostępnej, jeśli w trosce o budżet wyprawy samochód zostawia się na nabrzeżu w Kennacraig i podróż morską odbywa jako foot passenger. Było to krótko po ponownym uruchomieniu gorzelni, jej legenda – paradoksalnie – była dopiero pieśnią przyszłości, a poza tym, ważne tego dnia było, żeby o w miarę rozsądnej porze wrócić do Port Ellen, poszukać sobie miejsca na nocleg, a przede wszystkim, coś zjeść. W Ardbeg nie funkcjonowała jeszcze wtedy Old Kiln Café.

Stało się jednak, że do Ardbeg dotarłem. Jak się dość szybko okazało, decyzja o odbyciu tego spaceru okazała się wręcz historyczna, a moja znajomość z tym miejscem dość szybko przerodziła się w gorącą miłość. I tak zostało do dziś – nawet jeśli nie da się miłością pałać do poczynań działu PR Glenmorangie plc, to i miejsce i ludzie, z którymi się tam zaprzyjaźniłem na zawsze zaanektowali specjalny zakamarek w okolicach tej mojej pompy mięśniowej w worku osierdziowym, i o szybsze bicie ją przyprawiają za każdą kolejną wizytą, za każdym kolejnym spotkaniem.



Na polu namiotowym u stóp Ben Nevis.


Minęło kilka lat od mojej pierwszej wizyty w Ardbeg, po drodze były kolejne wizyty, wreszcie nadeszło lato 2004. Promem z Oban przybyła na wyspę grupka sympatycznych młodych, acz już pełnoletnich ludzi, którym przewodziłem w ich szkockiej przygodzie już od prawie trzech tygodni. Nie mieli zielonego pojęcia o whisky, nie bardzo o nią dbali, a w większości wcale im nie smakowała. Od celu tego etapu podróży – wyspy Islay – ważniejsze dla nich były owoce morza zjedzone przed rejsem na nabrzeżu w Oban, niewiarygodne wręcz krajobrazy, które roztaczały się po obu stronach promu, a podkreślone przez nieprawdopodobnie nieszkocką pogodę, którą cieszyliśmy się tego dnia, wspomnienie wspinaczki na Ben Nevis sprzed paru dni, dwóch dni spędzonych na wyspie Jura, wreszcie perspektywa długiej podróży autokarowej z powrotem do domu, która czekała nas po ostatnich dwóch dniach spędzonych w Szkocji. Były to czasy sprzed tanich linii lotniczych, czy w ogóle jakichkolwiek sensownych połączeń lotniczych ze Szkocją. Były to czasy namiotów, karimat i śpiworów, targanych karnie na plecach przez całą wyprawę.



Na szlaku 'Speyside Way' spotyka się takie drogowskazy.


I stało się, że owa grupka wylądowała w Port Askaig, po czym autobusem udała się do Bowmore i dalej do Port Ellen. Stamtąd już tylko kilkukilometrowy spacer, i byliśmy na naszym polu namiotowym, trawniku pomiędzy wówczas jeszcze nieużytkowanym domem na tyłach destylarni, a niewielkim klifem, znanym każdemu, kto kiedykolwiek odwiedził Ardbeg. Rozciąga się z niego widok na zatokę, przy której przycupnęła destylarnia, a przy dobrej pogodzie widać półwysep Kintyre, wystające zza niego wzgórza wyspy Arran, a przy naprawdę dobrej widzialności – majaczący w oddali zarys Irlandii. Piękna pogoda zachęcała do eksploracji wyspy. Najbardziej oczywistym wyborem w tej sytuacji jest kierunek Kildalton i słynny krzyż celtycki z drugiej połowy VIII wieku. Kiedy zakomunikowałem naszej gospodyni, Jackie Thompson, że właśnie tam się wybieramy, spojrzała na mnie badawczo i zapytała w jaki sposób zamierzamy się tam dostać. Co za pytanie – przecież to tylko kilka kilometrów, pójdziemy piechotą. W żadnym razie, jakie piechotą, weźcie caddy’iego i jedźcie. Hmm, kiedy człowiekowi oferują kluczyki do samochodu i jego niegraniczone użytkowanie, to nie mówi „nie”. Szczególnie jeśli ów człowiek ma za sobą trzy tygodnie wędrówki. A jeśli ów samochód to brudnozielony minivan z ogromnym logo Ardbeg na masce, to nie zadaje żadnych pytań, tylko chwyta za kluczyki i rusza w świat. Nawet jeśli ten świat ograniczony jest do obszaru niewielkiej wyspy.



Czaszołki na Jurze. Nie polecam.


Za kluczyki chwytać nie było trzeba, tkwiły w stacyjce samochodu zaparkowanego na dziedzińcu destylarni. Nikt ich stamtąd na co dzień nie wyciąga. Bo i po co? Tak czy inaczej, ruszyliśmy na podbój wyspy. Najpierw, oczywiście, Kildalton. Potem jednak cała reszta wyspy stanęła przed nami otworem, w tym jej przepiękne plaże. Gdzie się pojawiliśmy, pytano nas o jakąś skrzynkę whisky, którą niby powinniśmy mieć w samochodzie. Wszystko przez to logo na masce. Żadnej whisky nie mieliśmy, nie wspominając już o całej skrzynce. A że był to koniec naszej wyprawy, nasze portfele dotkliwie świeciły brakiem możliwości jej zakupu. Pogodziliśmy się już z tym, że przyjdzie nam spędzić resztę pobytu w Szkocji w trybie posuchy i dzielnie ten stan znosiliśmy.

Kiedy wróciliśmy do domu (namiotowisko w Ardbeg, przypominam) późnym popołudniem, Jackie i Stuart zaprosili nas na wspólne grillowanie na tyłach ich domu, czyli w Ardbeg, tuż obok naszego obozowiska. I w tym przypadku dwa razy nie trzeba było nam mówić. Zaproszenie przyjęliśmy z wdzięcznością – jak długo można żyć na posiłkach z puszki, przygotowywanych na kuchence turystycznej? Jeśli chodzi o mnie, to mój żołądek ciągle pamiętał bliskie spotkanie ze ślimakami morskimi, tzw. czaszołkami na Jurze. Nie było to spotkanie miłe dla żadnej ze stron. Czaszołki przypłaciły je życiem, poddane obróbce termicznej na kuchence turystycznej i pożarte, a i ja omal nie podzieliłem ich losu, choć mnie akurat nikt nawet nie próbował ugotować i pożerać. Jednak pięknie przypieczony na grillu, soczysty stek, który w towarzystwie piwa pojawił się wkrótce na stole, był wówczas szczytem marzeń mojego układu trawiennego. Pojawiła się tam też butelka jakiejś Bunnahabhain, jakaś NAS przygotowana na święto Feis Ile w tamtym roku.



Ardbeg. Najlepsze pole namiotowe na świecie.


Siedzieliśmy sobie grzecznie, grillowaliśmy, sączyliśmy to i owo, nastroje dopisywały. Dopisywały do tego stopnia, że podjąłem nawet wyzwanie reprezentowania barw narodowych w zaimprowizowanych mistrzostwach świata w piłce nożnej. Darowaliśmy sobie etapy eliminacyjne i od razu przeszliśmy do finału Polska-Szkocja. Musiałem dać Szkotom wygrać – naprzeciwko mnie stanęli dwaj młodzi Thomsonowie, a przecież kilkulatkom nie wolno sprawiać niepotrzebnej przykrości. Powiedzmy, że uległem wobec przeważających sił przeciwnika.

Tymczasem słońce chyliło się ku zachodowi. Do tego stopnia się chyliło, że rozmowa – po zakończonym meczu, dekoracji zwycięzców i odesłaniu ich do łóżek – przechyliła się w stronę whisky. Dziwnym trafem się tam przechyliła. Wszak jest to ostatni temat, jaki można podjąć na tyłach jednej z najbardziej legendarnych destylarni, w towarzystwie jej menedżera i szefowej tamtejszego Visitor Centre. O wiele bardziej naturalne wydawało się rozmawiać o możliwości założenia hodowli małży pod klifem kilka metrów od nas. Podobno da się to zrobić, a potem już tylko wystarczy pójść z nożem i zebrać odpowiednią ilość za każdym razem, gdy mamy ochotę na moules marinière. Cóż, jednak nieuchronnie zeszliśmy wreszcie na temat whisky.



Śniadanie na klifie na tyłach destylarni.


Rozmowa o whisky to trochę jak czytanie o kolorach – prędzej czy później trzeba zobaczyć różnicę między karmazynowym a purpurowym, możliwości teoretycznego opisu są mocno ograniczone. A opieranie dyskusji o whisky na jednej biednej butelce Bunnahabhain, gdy siedzi się tam, gdzie się siedzi i z tymi ludźmi, z którymi się siedzi, to jak wyjazd z Gomory tyłem do kierunku jazdy. Rozmowa nieodwołalnie grozi skamienieniem. Dobrze rozumiał to Stuart, który u pasa przywiązany miał pęk kluczy. Jak się okazało, jeden z nich świetnie pasował do zamka – a może była to kłódka? – jednego z magazynów, znajdujących się nie dalej niż ten klif z przeznaczeniem na małże, tylko w przeciwnym kierunku. To dopasowanie klucza do zamka (lub kłódki) sprawdziliśmy ponad wszelką wątpliwość – pasował jak ulał, a przekręcony powodował otwarcie wrót. Wrót do prawdziwego raju. Raj ów charakteryzował się obecnością dębowych beczek, porozstawianych w równych rzędach, w równych odstępach, leżących tam karnie i czekających aż wreszcie ktoś sprawdzi, jak miewa się ich zawartość.



Nie mogłem sobie odmówić strzelenia takiej fotki.


Nie daliśmy im długo czekać. Stuart znalazł gdzieś w kącie sporych rozmiarów menzurkę oraz swego rodzaju ogromny korkociąg (nie mam pojęcia jak to się fachowo nazywa) i pipetę do pobierania próbek. Do tego pobierania przystąpiliśmy niezwłocznie. Tutaj mamy beczkę po bordeaux, spróbujmy jak dojrzewa. Hmmm, nieźle, nieźle. O, a tutaj jest beczka wyjątkowo intensywnie wypalana od wewnątrz przez zalaniem destylatem. Spodziewamy się, że grubsza warstwa zwęglonej dębiny spowoduje przyspieszenie procesów dojrzewania whisky. Sprawdźmy czy te przypuszczenia się spełniają. A tutaj mamy beczkę, do której przelaliśmy whisky, która… A ta beczka to… O, zapomniałbym o tej beczce. Ona z kolei jest ciekawa ze względu na…

Przy każdej z tych beczek odbywał się swego rodzaju rytuał. Stuart za pomocą owego gigantycznego korkociągu dość brutalnie zajmował się usunięciem szpuntu, po czym zanurzał w środku dzierżoną w garści stalową pipetę i niezwykle hojnie napełniał menzurkę, którą nosił za nim ktoś z nas. Potem przystępowaliśmy do fazy, którą można by określić mianem „menzurki pokoju” – nabrana z beczki whisky wędrowała od ust do ust, w kółko, w które spontanicznie ustawialiśmy się wokół każdej z beczek wybranych przez Stuarta. I kiedy już wydawało mi się, że mamy dosyć, że przeciąganie tego nalotu na magazyn byłoby przeciąganiem struny na co najmniej kilka sposobów, zbliżyliśmy się do wyjścia, w pobliżu którego leżało bodaj dziewięć dorodnych beczek po sherry. Widziałem je już wcześniej, nie była to moja pierwsza wizyta w tym magazynie, wiedziałem czego można się spodziewać po nich i po ich zawartości. Na ich denkach dumnie pyszniło się wymalowane farbą określenie rocznika. Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt pięć. Zatrzymaliśmy się przy nich, po czym usłyszeliśmy od naszego gospodarza, że w tych beczkach leży whisky ocierająca się o doskonałość, że najpewniej zostanie zabutelkowana za rok, bo okrągła liczba „30” dobrze będzie wyglądała na etykietkach, no i czy byśmy chcieli jej spróbować… Taaa, a czy niedźwiedzie srają w lesie… Pewno, że chcemy, dwa razy nie musisz pytać. Wreszcie jedną z beczek odszpuntowano, menzurkę napełniono, nad whisky pocmokano – i jeszcze raz, i jeszcze. Nawet niedoświadczone podniebienia twierdziły, że była pyszna. Cóż, mam wrażenie, że w tych okolicznościach, a przede wszystkim na tym etapie wszystko by nam smakowało. Ale tak, whisky była przednia.



Kildalton Cross.


W takich sytuacjach można by – teoretycznie – skrupulatnie notować szczegóły dotyczące każdej ze smakowanych whisky, pstrykać zdjęcia każdej z otwieranych beczek, czy wręcz sporządzać na kolanie szybkie notki degustacyjne. Można by. Ale można też po prostu poddać się klimatowi chwili, podążać za przewodnikiem i cieszyć każdym łykiem kolejnej whisky. Ja wybrałem tę drugą opcję. Co więcej, wiedząc jak sytuacja może się rozwinąć, ile jeszcze tych beczek może być przed nami, starałem się do minimum ograniczać mój osobisty pobór zawartości naszej menzurki. I okazało się, że miałem rację. Kiedy wreszcie opuściliśmy magazyn, starannie zamknęliśmy wrota i znowu usiedliśmy wokół stołu obok grilla, nikt nie mówił o niczym innym, jak o zawartości magazynu, do którego dostęp na chwilę stał się naszym udziałem. A jak niektórym uczestnikom tego wydarzenia podniosła się sprawność w posługiwaniu się angielszczyzną!



Z Thomsonami przy grillu.


Po paru chwilach zamyślenia i kilku kęsach grillowanego steku, Stuart Thomson podniósł głowę znad talerza i odezwał się do nas w te słowy: „No to ja wam przyniosę najlepszą whisky świata.” Po czym wstał i ruszył w kierunku drzwi wiodących do menedżerskiego domu. Zamarłem w oniemieniu, oniemiałem w zamarciu. Wiedziałem czego możemy się spodziewać po tych słowach, oj wiedziałem. I za żoną Kalasantego Futrynowicza, który przypomniał sobie po 20 latach miodowe miesiące wróciwszy poderżnięty do swego domku, szeptałem sobie w duchu, mrąc z oczekiwania i niepewności, „Czy to tylko prawda, czy to tylko prawda – może mi się to tylko śni.”*



W magazynie. Tym magazynie.


A potem wszystko poszło błyskawicznie. Stuart wrócił z charakterystyczną skrzyneczką pod pachą, usiadł na swoim miejscu i przystąpił do otwierania wyciągniętej ze skrzyneczki butelki. Napis na etykiecie butelki głosił, że mamy do czynienia z Ardbeg Provenance, że jest ona very old, a na dodatkowej etykiecie u dołu butelki napisano, że to whisky z 1974 roku, że butelkowana była w 1997 roku, że to limited edition, i takie tam. Otwieranie butelki trochę trwało, bo trzeba było pozbyć się laku, którym zabezpieczony był korek, ale wreszcie doczekaliśmy się – pierwsza, legendarna edycja Ardbeg Provenance 1974 trafiła do naszych kieliszków.

Nazajutrz, z wręcz namacalnymi objawami syndromu dnia następnego, wchodziliśmy na pokład promu, który zabrał nas z tej cudownie gościnnej wyspy. Potem autobus do Glasgow, potem pub w oczekiwaniu na nocny National Express do Londynu, tam Victoria Coach Station i długie godziny głównie na niemieckich autostradach. W plecaku owa skrzyneczka po ostatniej whisky ostatniego wieczoru. Na wypadek gdybym sam sobie nie chciał wierzyć co mi się tam wtedy przydarzyło.



Skrzyneczka, w której znajdowała się nasza butelka wieczoru. Do dziś jest ze mną.


Whisky z mocno wypalanych beczek trafiła później między innymi do Ardbeg Alligator. Owa whisky z beczek po sherry z 1975 roku trafiła do butelek jednak dwa lata później, już jako whisky rocznikowa, cask strength, single cask, i oferowana była w sklepie w destylarni za nieco ponad 300 funtów. Dzisiejsze poszukiwania w sieci pokazują najtańszą ofertę na poziomie ok. 1700 funtów. Ardbeg Provenance 1974 z pierwszej edycji z 1997 roku chyba już nigdzie nie jest do zdobycia. Aż strach pomyśleć ile musiałaby dzisiaj kosztować. Whiskybase mówi o kwocie 2300 funtów, ale to cena, jaką trzeba było zapłacić za butelkę na whiskyauction.com w ubiegłym roku. W chwili, gdy pojawiła się na rynku, kosztowała 250 funtów.



Certyfikat dołączany do Ardbeg 1974 Provenance.


Kiedy pojawiłem się w Ardbeg dwa i pół roku później, w lutym 2007, w domku menedżera zdążył już się urządzić Mickey Heads, nowy pan na włościach, wcześniej szefujący destylarni na wyspie Jura. Gdzieś na tyłach destylarni rdzewiał zmasakrowany caddy. Spotkanie z Thomsonami przy okazji urodzin jednego z moich piłkarskich kumpli z lata 2004 nie miało już nawet cienia tej radości i beztroski, z jaką spędzaliśmy czas przy owym grillu. A spacer ze Stuartem nad Loch Uigeadail był jednym ze smutniejszych doświadczeń w całej historii moich podróży po Szkocji. Zwykle wszak rozmawialiśmy o whisky, o Islay, o Ardbeg – a teraz były to tematy nader bolesne. Odeszła bezpowrotnie pewna epoka, a z jej odejściem trudno było się nam wszystkim pogodzić. Skończyło się tym, że dotarliśmy tylko do Airigh Nam Beist, pomniejszego zbiornika wodnego, z którego woda już bezpośrednio płynie do destylarni, i daliśmy sobie spokój.



Wspomniana Ardbeg 1975 już w wersji butelkowej, sfotografowana również w destylarni, jednak kilka lat po opisywanych wydarzeniach.


Byłem w Ardbeg jeszcze wiele razy. Nigdy już potem nie widziałem się ze Stuartem. Nigdy już potem nie poszedłem nad Loch Uigeadail. Nigdy już potem nie podobało mi się w Ardbeg tak, jak latem 2004.

_____
*) za Witkacym

[R.M.]
Wszystkie zdjęcia autora artykułu. Część z nich to skany odbitek robionych analogowym aparatem w 2004 roku, stąd ich kiepska jakość techniczna.

R E K L A M A